Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. iberyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. iberyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2025

„Sekretna historia pana White’a” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 0.8)
Seria: Uniwersum Reina Roja
Tytuł oryginału: La historia secreta del Señor White
Data wydania: 2024-08-14
Liczba stron: 112
ISBN: 9788383304601

Niesiona na fali emocji, które towarzyszyły lekturze „Pacjenta”, postanowiłam sięgnąć od razu po „Sekretną historię pana White’a”, którą przeczytałam w niecałą godzinkę… Widziałam, że to cienka książeczka, ale tym razem Jurado „przegiął”. Te kilka rozdziałów można było spokojnie dodać do innej powieści – chyba najbardziej pasowałaby do „Pacjenta” lub rozbudować do pełnowymiarowej książki. Potencjał był, zabrakło chęci?

Autor podkreślał kilkukrotnie, że od piętnastu lat tworzył projekt uniwersum, na które składało się kilka powieści, w tym dwie trylogie. To co łączy te wszystkie historie to dwie przeciwstawne – skrajnie różne postacie: Antonia Scott i Mr. White. O ile tę pierwszą czytelnicy mieli okazję poznać dość dokładnie, to pan White ciągle pozostawał bardzo tajemniczy. Tym razem czytelnicy odkryją trochę więcej faktów zarówno z dzieciństwa jak i z młodości tego czarnego charakteru. Czy uda się dzięki temu zrozumieć co nim kieruje – to już zupełnie inne pytanie. Trochę dokładniej opisane zostaną również wątki z „Pacjenta”. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że ta książka – lub raczej to opowiadanie, pozostawia ogromny niedosyt.

Rozdziały dotyczące kolejnych etapów życia lub istotnych wydarzeń spisane są bardzo zwięźle lub wręcz oszczędnie. Jakby były tylko szkicem lub notatką do jakiegoś większego projektu. Owszem – zawierają konkret, jednak biorąc pod uwagę inne powieści autora pojawia się zawód, rozczarowanie i niedowierzanie. Tak jakby decyzja o obecnej formie książki powstała poza autorem. Może i tak było… Gdyby to był „bonus” do „Pacjenta” mogłoby być nawet miło. Niemniej jednak polecam miłośnikom twórczości Juana Gomez-Jurado i zalecam czytać od razu po wspomnianej wyżej powieści.

środa, 19 lutego 2025

„Pacjent” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 0.75)
Seria: Uniwersum Reina Roja
Tytuł oryginału: El Paciente
Data wydania: 2024-08-14
Liczba stron: 528
ISBN: 9788383303147

Nierzadko zdarza się, że twórcy (reżyserzy, pisarze…) na fali sukcesu swojego dzieła zastanawiają się, jakby tu odciąć jeszcze trochę kuponów. Kontynuacja serii? Oczywiście! Ale gdy uśmierci się głównych bohaterów lub definitywnie zakończy główne wątki? Wtedy przeważnie akcja przenosi się w przeszłość i powstaje kolejna część np. z numerem 1/2. W przypadku książki Juana Gomeza mamy do czynienia z częścią 0,75 serii Czerwonej Królowej i cyklu Antonii Scott – chociaż jedyną postacią, która łączy wcześniej napisaną trylogię jest osoba Mr. White’a.

„Pacjent” to thriller medyczno-polityczny, którego akcja rozgrywa się w ciągu 63 godzin. Tyle wystarczy, by względnie spokojne i uporządkowane życie niesamowicie zdolnego neurochirurga runęło w gruzach. Niestety, jego wyjątkowe umiejętności zwróciły uwagę demonicznego Pana White’a, który postanawia wykorzystać Davida, by osiągnąć swój cel. Będzie on po prostu narzędziem, którym się posłuży w grze stworzonej na własnych zasadach. Stawką jest 25 milionów dolarów oraz życie. Życie za życie. Życie prezydenta za życie córki Davida…

Książka napisana jest głównie w formie pamiętnika, którego narratorem jest główny bohater – David. Czytelnik więc już na początku poznaje w gruncie rzeczy finał całej historii. Jednak stopniowe odkrywanie jak do niego doszło jest niezwykle zajmujące i pełne napięcia oraz kolejnych – coraz większych zastrzyków adrenaliny, które ordynuje autor czytelnikom na ponad 500 stronach. I chociaż obawiałam się trochę, czy ta książka mnie rozczaruje – szczególnie w zestawieniu z wcześniejszą trylogią i kilkoma dość negatywnymi opiniami, to po fakcie mogę stwierdzić, że była to tak samo dobra rozrywka jak wcześniej. Oczywiście, można się czepiać niuansów i szukać dziury w całym. Jednak to nadal jest bardzo dobry thriller, którego akcja mocno trzyma w napięciu.

Dużą zaletą, której Gomez-Jurado poświęca sporo miejsca, jest bardziej szczegółowe opisanie postaci Pana White’a. Czytelnik ma okazję poznać trochę faktów z przeszłości, które kształtowały tę perfidną, demoniczną i równie inteligentną co okrutną osobowość. I mimo iż są to tylko pojedyncze, dość krótkie rozdziały, to mimo wszystko można stworzyć dość pełny i spójny obraz. Teraz tym bardziej intryguje mnie książka, która czeka na półce i nosi tytuł „Sekretna historia pana White’a” – i chociaż to ledwie ponad 100 stron, to zapewne odpowie na kilka pytań. Pewnie sięgnę po nią szybciej niż myślałam.

„Pacjent” to bardzo dynamiczny thriller medyczno-polityczny, który odsłania przed czytelnikiem nie tylko tajniki pracy elitarnego szpitala i pracy neurochirurga, ale i procedury i tajniki pracy agentów Secret Service, którzy bezpośrednio są związani z najważniejszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych. Liczne wątki poboczne idealnie uzupełniają motyw główny, a zestawienie ze sobą dwóch tak skrajnie różnych charakterów wpływa na atrakcyjność fabuły. Tym razem walka dobra ze złem przybrała wyjątkową formę, która zaskoczy nawet najbardziej wybrednego czytelnika. Pozostając pod niesłabnącym urokiem twórczości pisarza, który zrobił na mnie ogromne wrażenie już przy pierwszym spotkaniu, szczerze polecam.

czwartek, 22 lutego 2024

„Blizna” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott
Tytuł oryginału: Cicatriz
Data wydania: 2024-02-15
Liczba stron: 480
ISBN: 9788383304380

Po przeczytaniu (w ramach akcji recenzenckiej wydawnictwa SQN) całej trylogii Juana Gomez-Jurado, nie sądziłam, że tak szybko w moje ręce trafi kolejna niespodzianka autora – autora oraz wydawnictwa, które ponowne zaprosiło mnie do miłej współpracy. Wprawdzie jest to w pewnym sensie część cyklu o Antonii Scott i „Blizna” uznana jest jako zerowa część serii czyli za tzw. prequel, jednak jestem zdania, że można ją traktować jak najbardziej indywidualnie – jako odrębną powieść i dobry sposób, by „przetestować” nowego autora i sprawdzić czy trafia w nasz gust. „Blizna” to historia postaci, która pojawiła się w pewnym epizodzie w powieści „Czarna wilczyca” – to historia Iriny Badi i jej drogi do tego, „czym” stała się później...

Głównym bohaterem książki jest Simon – geniusz komputerowy, który stworzył fenomenalny program, dający użytkownikom wiele możliwości. Wszystko poświęcił swojemu projektowi – życie prywatne, rodzinne, dom. Gdyby tylko miał wsparcie sponsora, mógłby go dopracować, by stał się praktycznie niezawodny. W końcu zacząłby zarabiać i normalnie żyć. Pewnego dnia okazuje się, że przyjaciel i najbliższy współpracownik Simona umówił ich na spotkanie z prawdziwym potentatem internetowym – w końcu otworzyły się przed nimi jakieś drzwi i pojawiła się szansa. Trzeba ją tylko wykorzystać. I wtedy zdarza się drugi cud – udaje im się z tą wielką firmą podpisać umowę– oczywiście pełną kruczków prawnych, więc łatwo nie będzie. Mimo to, przyjaciele zaczynają wierzyć, że im się uda! Na fali sukcesu, odurzony mocą endorfin, Simon postanawia na własny użytek zmodyfikować swój program. W ten sposób w świecie internetu znajduje kobietę podobną do jego pierwszej i nieszczęśliwej, a raczej traumatycznej miłości. Irina jest tą, na którą czekał tyle lat. Simon jest tym, kogo szukała. Jak potoczy się ich nieprawdopodobna bajka? Co ukrywa kobieta?

Po tym jak zachwyciła mnie trylogia o Antonii Scott, a jej autora Juana Gimez-Jurado uznałam za swoje największe odkrycie 2023 roku, z ogromną chęcią sięgnęłam po kolejną powieść pt. „Blizna”. Czytając kolejne strony, zastanawiałam się, jak autor nawiąże do trylogii, skoro to prequel. Z każdym kolejnym rozdziałem akcja wciągała mnie coraz bardziej, a zaskoczenie narastało. To zupełnie inna i odrębna opowieść. Inne są już same realia i miejsce akcji, bo tym razem są to Stany Zjednoczone, a poza rdzennymi mieszkańcami Ameryki pojawiają się dla kontrastu słowiańskie typy ze wschodu Europy. Na Ukrainę przenosimy się również podczas retrospektywnych opowieści jednej z bohaterek. Klimat mocno odległy od hiszpańskiego charakteru trylogii, mimo to zachwyciłam się ponownie. I jestem niezmiernie zadowolona, że autor pokazał swoją inną twarz. Oczywiście, nadal pozostał w gatunku trzymającego w napięciu thrillera o wartkiej akcji, który wywołuje wypieki na twarzy.

„Blizna” to powieść o zemście – precyzyjnie zaplanowanej w najmniejszym szczególe i przygotowywanej z największą starannością przez wiele lat. Plan realizowany stopniowo i sukcesywnie, krok po kroku. W zasadzie fabułę można by określić jako studium współczesnej zemsty. Robi wrażenie. Dla równowagi autor poprowadził drugi wątek, dotyczący życia uczuciowego głównego bohatera. Nietrudno się domyślić, że oba będą ze sobą mocno powiązane. Wiele można się domyślić po tym co już wspomniałam, ale gwarantuję, że ta książka zszokuje i to nie raz!

Coś mi się wydaje, że autor, zaskoczony i zachęcony popularnością trylogii, postanowił jeszcze bardziej wykorzystać swój sukces, tworząc kolejne prequele. Na pierwszej stronie „Blizny” wydawca informuje o dwóch kolejnych książkach, które ukażą się w sierpniu („Pacjent”) oraz w październiku („Sekretna historia Pana White’a”) tego roku. Sprytny i nietypowy zabieg, by do istniejącej trylogii stworzyć drugą – wprowadzającą do historii. Co by nie powodowało autorem i tak niezmiernie się cieszę i czekam niecierpliwie na kolejne części, a także – później – na nową, odrębną powieść z zupełnie innymi bohaterami.

Recenzja powstała w ramach przedpremierowej akcji recenzenckiej wydawnictwa SQN”, któremu ponownie dziękuję za kolejne czytelnicze doznania.

niedziela, 13 sierpnia 2023

„Rey Blanco. Biały Król” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 3)
Tytuł oryginału: Rey blanco
Data wydania: 2023-08-23
Liczba stron: 510
ISBN: 9788382107111

Biorąc udział w akcji recenzenckiej wydawnictwa SQN, przy okazji drugiej części cyklu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że w moje ręce trafi aż tak dobra książka. „Czarna wilczyca” zaskoczyła mnie mocno, ale „Biały Król” jest wprost nieprzewidywalnie szokujący! Natomiast Juan Gome-Jurado trafił przy okazji serii o Antonii Scott na listę moich ulubionych autorów. Tym samym daję mu dość duży kredyt zaufania i biorę w ciemno każdą jego kolejną książkę. „Coś” mi mówi, że ponownie nie pożałuję i będę się bardzo dobrze bawić.

A propos „zabawy”… Gra, w którą Mr. White wciągnął Antonię kilka lat temu, napadając na nią i jej męża w ich własnym domu, trwa nadal. Z tą różnicą, że tym razem mocno przybiera na intensywności. Może też dlatego, że Antonia nie jest sama i ma dość silne wsparcie w postaci coraz bliższego jej Jona. Zresztą, właśnie przyjaźń między tymi dwojgiem, w perfidny sposób wykorzysta Mr. White, by zmotywować Antonię do działania, tak jakby miała się w jakiś sposób wzbraniać? Przecież jest stworzona do tego by grać i wygrywać, ale czy tę grę może wygrać? Grę, w której jej przeciwnik co chwilę wykłada z rękawa kolejne asy. Grę, w której nic nie jest takie jakie się wydaje na początku, a jedynym pewnikiem jest kolejne (i kolejne i następne) zaskoczenie zmieniające akcję o 180 stopni.

Na dodatek przeszłość, która wydała się przeminąć bezpowrotnie, daje o sobie znać i dobija się usilnie do Antonii. A skoro kobieta pamięta wszystko, wystarczy tylko „uspokoić małpy”, gdyż wszystkie odpowiedzi i rozwiązania ma lub miała przed oczami. Czy uda jej się w końcu wyprzedzić White’a podążającego ciągle o krok przed nimi? Ona wie, że dla miłości można zrobić wszystko – że miłość to najpotężniejsza broń. Jeśli jeszcze zrozumie „dlaczego”, to wtedy „być może”, ale…

Specyfika literatury sensacyjnej polega na tym, by zaskakiwać czytelnika. Jednak to, co w finale serii zaserwował swoim czytelnikom Gome-Jurado wychodzi ponad wszelkie standardy. Dzieje się tu dziesięć razy więcej niż w dwóch poprzednich częściach razem wziętych podniesione do kwadratu. Ciągle nie mogę uwierzyć w to co tu się wydarzyło. Myślę, że i sama Antonia była kilka razy zdziwiona, a trzeba mieć prawdziwy talent, żeby do tego doprowadzić. Akcja mknie już od pierwszego rozdziału, który spokojnie mógłby być wystarczająco zaskakującym zakończeniem dobrego thrillera, a to – jak wspomniałam – dopiero początek. I z każdą kolejną akcją – z każdym zadaniem jakie przed Antonią i Jonem stawia White – jest coraz bardziej nieprawdopodobne. Napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną. Zawiłą fabułę komplikuje każdy kolejny etap, jaki osiągają bohaterowie. Tej książki nie można odłożyć na dłużej – a całość zdołałam podzielić (z powodów technicznych) zaledwie na 3 dni. Myślę jednak, że spokojnie można by ją „łyknąć” na jeden raz, bo miałam na to ogromną ochotę. Wielowątkowa i wielowymiarowa fabuła, wartka akcja, mnożące się w tempie błyskawicy zwroty akcji. Dynamika, emocje oraz dowcip rozładowujący napięcie, które inaczej by eksplodowało – zbyt szybko…

Jest intensywnie, jest nieschematycznie, jest wręcz szokująco. Cudownie doskonały thriller. Jednak tym, którzy mają ochotę poznać historię Antonii Scott polecam zacząć od pierwszego tomu, albo jeszcze lepiej od powieści „Pacjent” i „Cicatriz, bo jak się okazuje, mamy do czynienia nie z trylogią, a z pentalogią i to tam wszystko się zaczyna. Nie wiem, czy mnie ta wizja bardziej cieszy, czy „przeraża”…


Recenzja powstała w ramach przedpremierowej akcji recenzenckiej wydawnictwa SQN”, któremu ponownie dziękuję za Antonię Scott.

czwartek, 10 sierpnia 2023

„Reina Roja. Czerwona królowa” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 1)
Tytuł oryginału: Reina Roja
Data wydania: 2023-04-26
Data 1. wydania: 2018-11-08
Liczba stron: 543
ISBN: 9788382107050

W zasadzie, serie zawsze czytam chronologicznie, zaczynając od pierwszej części. Tym razem o cyklu Antonia Scott dowiedziałam się przy drugim tomie, recenzując go dla wydawnictwa SQN. Jednak fabuła wciągnęła mnie tak bardzo, że postanowiłam wrócić do początków. Czasami rzeczywiście nie ma większego znaczenia kolejność czytania (jak np. w przypadku kryminałów Krajewskiego, gdyż autor sam nie stosuje ciągłej chronologii, a miesza wydarzenia z przeszłości i przyszłości). Tym razem również nie było tak istotne, by zacząć od tomu 1, jednak uważam, że bezwzględnie trzeba go poznać zanim sięgnie się po część trzecią – czyli zakończenie (mam nadzieję) głównej intrygi, która miała właśnie początek w części pierwszej. A co poza tym czeka nas w „Czerwonej królowej”?

„Czerwona królowa” to tajny projekt, który oficjalnie nie istnieje, a jego celem jest rozwiązywanie najtrudniejszych zagadek kryminalnych, które często łączą się niestety z najbardziej brutalnymi i przebiegłymi przestępcami oraz ich eliminacją ze społeczeństwa. A ponieważ Czerwona Królowa „nie istnieje”, nie podlega też żadnym zasadom i regułom – cel uświęca środki, środki mają być skuteczne – to jedyne czym ma się kierować Antonia Scott (najinteligentniejsza kobieta na świecie) i współpracujący z nią policjant Jon Gutiérrez (wybrany przez Mentora, by ją chronić i ułatwić jej pracę).

Porwano syna prezeski jednego z największych banków na świecie. Kilka dni później znika córka miliardera. Okazuje się, że za oba przypadki odpowiedzialny jest tajemniczy Ezehiel. Sprawę komplikuje jednak fakt, iż rodziny porwanych milczą i nie chcą współpracować z policją. Tak „beznadziejny” przypadek byłby idealny dla Antonii Scott, jednak kobieta dała sobie już spokój z projektem. Teraz myśli tylko o swoim mężu, który leży w szpitalu podłączony do wszystkich możliwych maszyn utrzymujących jego czynności życiowe. Co sprawi, że Antonia zmieni zdanie i jeszcze ten jeden raz stanie do gry?

Seria Juana Gomez-Jurando to moje pierwsze spotkanie z hiszpańskim thrillerem i ogromne zaskoczenie jeśli chodzi o ten gatunek. Niby autor trzyma w napięciu, jak i jego koledzy po fachu z innych krajów, jednak jest w tej prozie jakaś szczególna energia i ogień – kwestia hiszpańskiego temperamentu? Czy może szczęście swoistego „debiutanta”, który wprawdzie pisze od jakiegoś czasu, ale dopiero dzięki tej serii został tak naprawdę dostrzeżony, osiągając sukces oraz popularność. Fakt faktem, powieści o Antonii Scott czyta się wyśmienicie – trzymają w napięciu, są pełne suspensów, które całkowicie zmieniają postrzeganie fabuły. Nie brakuje również nowych kawałków układanki, które pojawiają się nagle i sprawiają, że nic nie jest takie jak myśleliśmy na początku.

Dynamiczna, trzymająca w napięciu fabuła pełna zwrotów akcji, lekki styl, który świetnie sprawdza się w prozie rozrywkowej, zaskakująca historia wywołująca całą gamę emocji, bohaterowie, do których czytelnik przywiązuje się bardzo szybko i chce z nimi przebywać jak najdłużej. Polecam miłośnikom thrillerów i sensacji. Przede mną ostatnia część zamykająca cykl – „Biały król”. Coś mi się wydaje, że Czerwona Królowa pokona Mr. White’a – mam tylko nadzieję, że autor nie zaskoczy mnie w tej kwestii.



poniedziałek, 26 czerwca 2023

„Loba Negra. Czarna Wilczyca” - Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 2)
Tytuł oryginału: Loba Negra
Data wydania: 2023-06-28
Data 1. wydania: 2019-10-24
Liczba stron: 528
ISBN: 9788382107081

Tym razem miałam okazję przeczytać przedpremierowo książkę w ramach akcji promocyjnej zorganizowanej przez wydawnictwo Sine Qua Non, do którego mam sentyment ze względu na powieści Anety Jadowskiej. Wprawdzie „Czarna wilczyca” to zupełnie inna propozycja niż te, do których przyzwyczaił mnie SQN, jednak świadczy to tylko o tym, jak różnorodną ofertę ma „on” dla swoich czytelników. „Loba Negra. Czarna Wilczyca” autorstwa Juana Gómeza-Jurando to druga część cyklu o Antonii Scott i zarazem bardzo oryginalny thriller, trzymający w napięciu do ostatniej strony – prawdziwa niespodzianka dla takich moli książkowych jak ja.

Antonia Scott to jednostka obdarzona ponadprzeciętnym umysłem, która potrafi rozwiązać każdą sprawę, co jest z pewnością tylko kwestią czasu lub inspiracji chwilą, czy też odpowiednią osobą, a tą coraz częściej jest jej partner – pełen sprzeczności, jednak oddany jej pełnym sercem – inspektor Jon Gutierrez. Tym razem Mentor wysyła ich na akcję do słonecznej Marbelli, gdzie w brutalny sposób zabito skarbnika rosyjskiej mafii, a jego żona cudem uniknęła podobnego losu. Jeśli ktoś ma znaleźć i ocalić tę kobietę, to jest to tylko Antonia, której jedno spojrzenie na miejsce zbrodni mówi więcej niż mozolna i wielogodzinna praca całego oddziału miejscowej policji. Scott nie wie jeszcze, że podobny cel ma również bardzo niebezpieczna, tajemnicza i przede wszystkim skuteczna zabójczyni wynajmowana w skrajnych przypadkach przez mafię – Czarna Wilczyca. Wkrótce jednak obie panie będą miały okazję się poznać…

Schemat fabuły jest dość prosty, a co się z tym wiąże, dość często spotykany w literaturze sensacyjnej: policjanci muszą znaleźć kogoś zamieszanego w podejrzane sprawy zorganizowanych grup przestępczych, a te próbują pokrzyżować im plany. Zaczyna się wyścig z czasem i z konkurencją. I na tym banał się kończy, bo cała reszta to coraz większe zaskoczenia i niespodzianki, przeplatane wyważonym suspensem, by za chwilę zszokować z wielokrotną mocą w kolejnym zwrocie akcji – a tych nie brakuje i muszę przyznać, że dwa z nich porządnie wprawiły mnie w osłupienie!
Sięgając po ten hiszpański thriller nowego dla mnie autora, nawet przez chwilę nie przypuszczałam, że w moich rękach znajdzie się ponad 500 stron tak wyśmienitej rozrywki, trzymającej w napięciu do ostatniej chwili.

Bardzo dużą zaletą powieści są wyjątkowe postaci. Bardzo zróżnicowane charakterologicznie, intrygujące i wywołujące całą gamę uczuć – od sympatii, przez współczucie, aż do pogardy lub nawet nienawiści. Może niekoniecznie statystyczny czytelnik może się z nimi identyfikować, ale z pewnością im kibicuje i z niecierpliwością czeka na rozwój ich losów. Trochę, żałuję, że do tej pory nie poznałam dokładniej historii Antonii Scott, którą przedstawiono w pierwszej części cyklu, chociaż między wierszami drugiego tomu i tak można sporo wywnioskować. Mimo to, z pewnością nadrobię te małe niedopatrzenie, tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, iż w trzecim tomie opowieść zatoczy koło i wróci właśnie do tych początków.

Z czystym sumieniem polecam „Czarną Wilczycę” miłośnikom powieści z dreszczykiem i ostrzegam, że jest to książka, której nie można odłożyć na później, więc zarezerwujcie sobie od razu kilka godzin na lekturę. Nie będzie to czas stracony. Wartka akcja, trzymająca w napięciu fabuła, współczesne problemy społeczne i afery kryminalno-mafijne, a to wszystko w malowniczej scenerii hiszpańskiego wybrzeża Costa del Sol. Juanowi Gómezowi-Jurando jestem wdzięczna za ten nietypowy powrót do mojej ulubionej Andaluzji i fakt, że Hiszpania jest tak mocno wyczuwalna w tej powieści. Z niecierpliwością czekam na kolejną część cyklu i cieszę się, że przede mną jeszcze część pierwsza – czyli podwójna przyjemność.

sobota, 6 maja 2023

„Bogowie tanga” – Carolina de Robertis

Wydawnictwo: Albatros
Seria: Piąta strona świata
Tytuł oryginału: The Gods of Tango
Data wydania: 2022-09-28
Data 1. wyd. pol.: 2017-02-02
Liczba stron: 416
ISBN: 9788367426428

Po tym jak jakiś czas temu oczarowała mnie pierwsza książka Caroliny de Robertis pt. „Perła”, dodałam autorkę do „listy obserwowanych”. Stwierdziłam, że chętnie przeczytam inne jej powieści, mimo iż to początkująca autorka. Gdy na rynku pojawili się „Bogowie tanga” nie zastanawiałam się długo. „Zmysłowa opowieść o urzeczonej tangiem kobiecie, która wchodzi do zakazanego dla niej świata i łamie tabu”. „Rzeczywistość” (książkowa) przewyższyła moje wyobrażenia – i to bardzo mocno.

Główną bohaterką książki jest siedemnastoletnia Leda, która z Włoch wyrusza do Argentyny, do swojego poślubionego na odległość męża. Na miejscu okazuje się jednak, że Dante zginął w zamieszkach. Młoda wdowa, która nie miała okazji zostać żoną, zmuszona jest zacząć wszystko od początku. Jedynym co posiada są zabytkowe skrzypce i zamiłowanie do muzyki. Gdy dodamy do tego determinację okaże się, że to wystarczy. Ponieważ pewnych drzwi dla kobiet nigdy nie otwierano, Leda postanowiła, że w męskim przebraniu zostanie muzykiem grającym tango. Udało jej się... i to jak!

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści – jej fabuły, narracji, klimatu, nastroju… melodii. Z pewnością w dużym stopniu wpływa na to fakt, iż autorka pochodzi z zupełnie innego zakątka świata i pisze o tym co jej bliskie, a tak różne od popularnych europejskich (i oczywiście polskich) oraz amerykańskich powieści. Ten powiew świeżości jest niezwykle orzeźwiający i rozbudza ochotę na więcej. Historia Ledy należy do jednej z bardziej oryginalnych jakie poznałam. Autorka niezwykle wnikliwie przedstawiła jej wewnętrzne rozterki – świat pełen bólu, niezrozumienia przez otoczenie, alienację doskwierającą jej coraz bardziej – to, co typowe dla jednostek nieprzeciętnych, a taką bez wątpienia była. Bunt, chęć zmiany i w końcu chęć podążania własną ścieżką – jakkolwiek brzmi to kolokwialnie – pchnęły ją do czynów, których nikt raczej by nie przewidział, nawet ona sama. Z każdym dniem coraz bardziej oddalała się od starego życia, odnajdując się w swojej nowej tożsamości, która zaskoczyła nawet ją samą.

Carolina de Robertis pisząc „Bogów tanga” z pewnością czerpała z osobistych doświadczeń, gdyż ścieżka, którą podąża również nie należy do typowych. Stąd tak dobra znajomość psychiki Ledy oraz przeciwieństw stających na jej drodze. To wszystko wpływa pozytywnie na jakość tego, co tworzy. I zaryzykuję stwierdzenie, że staje się w swojej dziedzinie prawdziwą artystką. Przeniesienie czytelników do zupełnie innego świata i sprawienie, że nie chcą go opuszczać to nie lada sztuka. PISARKA stworzyła inspirującą, wzruszającą, szokującą, przejmującą, zaskakującą i niezwykle emocjonującą powieść. Wyjątkowa pod każdym względem. Wpłynie ona na moje kolejne wybory literackie, gdyż mam ochotę sięgnąć po jej kolejną książkę, która wcześniej niezbyt zachęciła mnie opisem fabuły. Polecam ciekawym świata i tego co „inne”.

niedziela, 19 czerwca 2022

„Jaśnie pan” – Jaume Cabré

Wydawnictwo: Marginesy
Tytuł oryginału: Senyoria
Data wydania: 2015-05-06
Liczba stron: 448
Język: polski
ISBN: 9788364700330

Bardzo często gdy podczas pierwszego „spotkania” z jakimś autorem oczaruje mnie on swoim utworem, pragnę przeczytać jego wszystkie powieści. Dlatego z wielką chęcią sięgnęłam po podarowaną mi powieść Cambre pt. „Jaśnie pan”. Nastawiałam się na doznania przynajmniej takie, jakich dostarczyła mi jego genialna powieść „Wyznaję”. Niestety, rozczarowanie było porównywalne do nadziei jaką wiązałam z tą lekturą. Stało się tak, gdyż jest to powieść zupełnie inna…

Przede wszystkim – „Jaśnie pan” to powieść historyczno-obyczajowa. Owszem, bardzo lubię ten gatunek, ale w tym wypadku zarówno miejsce jak i czas akcji były mi zbyt odległe. XVIII wiek to jednak nie jest okres, który lubię jakoś szczególnie. Jeśli chodzi o Hiszpanię, w której rozgrywała się ta opowieść jest już inaczej, gdyż np. przepadałam za tetralogią Zafona. Jednak w tym przypadku (pomijając osobliwie brzmiące i bardzo długie nazwiska bohaterów) urokliwa Barcelona w ogóle nie była wyczuwalna. Równie dobrze cała historia mogła się zdarzyć w każdym innym mieście. Więc niestety – i anturaż mnie nie zachwycił, ani nawet nie przekonał.

Cały czas dawałam jednak tej książce szansę, czytając dalej i nastawiając się chociaż na oryginalną i wciągającą fabułę. Tu była szansa na powodzenie, gdyż opis zapowiadał wątek kryminalny… I rzeczywiście, wyjściem do całej historii jest morderstwo francuskiej śpiewaczki zwanej słowikiem z Orleanu. By uniknąć międzynarodowego skandalu władze Barcelony uznały, że jak najszybciej trzeba złapać mordercę i wyciągnąć konsekwencje. Gdy więc okoliczności sprawiły, że poszlaki (skądinąd dość marne…) wskazały młodego poetę, który tej samej nocy spędził upojne chwile w ramionach wspomnianej śpiewaczki, całą sprawę uznano za rozwiązaną i zamknięto. Pozostało tylko szybkie wykonanie wyroku śmierci.

Pośpiech ten oraz indolencja w prowadzeniu sprawy przez sędziego Massó, prezesa Sądu Królewskiego w Barcelonie i głównego oraz tytułowego bohatera książki, były dość podejrzane. Jak każdy czytelnik się domyślał – sprawa miała drugie dno i w miarę upływu stron, prawdziwa motywacja sędziego miał ujrzeć światło dzienne. Nie będę zdradzać oczywiście powodów postępowania jaśnie pana, jednak dodam, że bardzo szybko można było się ich domyślić. Trochę mnie wówczas zaciekawiło, czy pogrąży się bardziej, czy znów uda mu się wywinąć…

Powieść Cambre przypominała mi trochę Molierowską komedię pomyłek. Bywały momenty, sytuacje i postacie dość komiczne. Chociaż ten dowcip był raczej dość infantylny. Nie jest to również powieść historyczna ani kryminalna. Określiłabym ją raczej jako powieść psychologiczną, gdyż najszerzej porusza wątek etyczno-moralny, który związany jest z całokształtem postaci jaśnie pana. Jego postępowanie i charakter w najmniejszym nawet stopniu nie predestynują go do wykonywanego zawodu i obejmowania tak wysokiego stanowiska, co jest zarówno dość smutne, absurdalne jak i niesamowicie irytujące.

Powieść o zbrodni i karze, sprawiedliwości i niemoralności oraz o konsekwencjach każdych działań i czynów. Napisana jednaj w dość specyficznym stylu, który mnie mocno umęczył. Z nadzieją czekałam ostatniej strony i niestety – muszę to powiedzieć – nie dowiedziałam się kto zamordował słowika z Orleanu. Niestety, chyba nawet sam autor tego nie wiedział, a na pewno zapomniał o tym elemencie książki.

środa, 23 lutego 2022

„Wyznaję” – Jaume Cabré

Wydawnictwo: Marginesy
Tytuł oryginału: Jo confesso
Data 1. wydania: 2011-01-01
Liczba stron: 768
ISBN: 9788363656249

Bardzo cieszę się, że otrzymałam tę książkę w prezencie i zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Sama pewnie nieprędko sięgnęłabym po nią – z podobnych względów, z jakich tak późno przeczytałam Zafona. Nic nie poradzę na to, że odrzucają mnie tzw. modne książki modnych autorów. Może odrzucają to za mocne słowo, ale reklama i PR w moim przypadku osiągają dokładnie odwrotny skutek. Dostałam – przeczytałam – oczarowałam (się).

„Wyznaję” to prawdziwa, wielowątkowa powieść epicka, która pochłania od pierwszego rozdziału. To historia wyjątkowo zdolnego chłopca, który urodził się wprawdzie w nieprzeciętnej rodzinie, jednak ta w ogóle nie okazała mu ani ciepła, ani miłości. Najbliższymi stały się więc książki, których wkoło było mnóstwo. Z nimi spędzał czas, one wskazywały mu kierunki, one stały się jego towarzyszami dnia codziennego. Z rezolutnego chłopca, który fascynował się nauką i sztuką wyrósł oryginalny, żyjący w swoim świecie naukowiec, który stale poszerzał swoją wiedzę i pochłaniał kolejne książki.

„Wyznaję” to długi, bardzo osobisty list pisany przez głównego bohatera do swojej ukochanej, który traktować można jak wielkie wyznanie miłości. Chociaż, jak się później okaże, nie tylko. To historia jego, jego rodziny, najbliższych, ale i ważnego przedmiotu, który towarzyszył Adrianowi praktycznie od samego początku – zabytkowych skrzypiec, które nie do końca legalnie znalazły się w rodzinie chłopca w czasie drugiej wojny światowej…

„Wyznaję” to również przenikająca wiele warstw, czasów, zdarzeń, okoliczności rozprawa o istocie zła, która spaja poszczególne wątki i motywy tej książki. Książki, która poza osobistą historią Adriana, dotyczy także szeroko pojętej historii – nie tylko Hiszpanii, ale i bardziej globalnej – europejskiej – z uwzględnieniem wątku żydowskiej zagłady i obozów koncentracyjnych. „Wyznaję” to w końcu powieść przesiąknięta sztuką, która w pewnym sensie staje się jednym z jej bohaterów, chociażby pod postacią zabytkowych skrzypiec posiadających nawet własne imię. Osobista (jeśli można się tak wyrazić) historia instrumentu spaja wątki poszczególnych bohaterów niczym brakujący kawałek układanki.

Żeby nie było tak różowo, mam kilka krytycznych uwag. Odnoszę wrażenie, że autor chwilami starał się być bardziej oryginalny niż to konieczne. Mam tu na myśl niestandardowe prowadzenie narracji, które nie tyle nie jest chronologiczne, co w pewnym sensie patchworkowe. Retrospekcje albo wybieganie w przyszłość nie są raczej dla przeciętnego czytelnika problemem. Jednak zmiana bohatera na innego w obrębie jednej sceny czy dialogu, to już zabieg wg mnie trochę na siłę. Przy czym ten który np. kończy rozmowę ze swoim partnerem, zostaje w niej umieszczony z zupełnie innej epoki i miejsca. Owszem – podkreślenie uniwersalizmu zagadnienia, ale…? Jednak tym, co było dla mnie bardziej uciążliwe podczas lektury, był brak tłumaczeń obcojęzycznych cytatów. Bardziej popularne (i krótsze) sentencje łacińskie są do ogarnięcia, ale całe długie zdania po katalońsku, francusku, niemiecku to już raczej wątpliwe. Szczególnie rozczarowujące było to w ostatnim rozdziale – na finał historii, który z tego względu z pewnością wiele stracił. Niestety, ale po zakończeniu czuję niedosyt. Po części od pewnego momentu przewidywalne, ale też nie do końca jasne – właśnie przez brak tłumaczenia. Nie wszyscy są tak zdolni jak główny bohater.

Mimo wszystko jestem pod ogromnym wrażeniem twórczości Jaume Cabre i jego najważniejsza książka pozostanie w mojej pamięci na długo. Była to wyjątkowo długa, pełna zaskoczeń i emocji przyjemność obcowania z tą monumentalną powieścią. Polecam miłośnikom złożonych i znaczących opowieści.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

„Perła” - Carolina de Robertis

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: Perla
Data wydania: 18 lipca 2018
ISBN: 9788381253369
Liczba stron: 336

Książka prezent, której po bardzo lakonicznym opisie okładkowym raczej sama bym nie wybrała. Chociaż nazwisko autorki kojarzyłam, szczególnie ze względu na jej aktywność w różnych akcjach społecznych związanych głównie z prawami kobiet. Mając jednak w pamięci kilka książkowych prezentów, które okazały się bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ucieszyłam się na tę lekturę. Nie rozczarowała mnie przez ani jedną linijkę.

Tytułowa Perła to studentka psychologii, która znajduje się w dość trudnym momencie swojego życia. Na co z pewnością miało wpływ wychowanie oraz to, czym zawodowo zajmuje się jej ojciec. Wysokiej rangi oficer marynarki w Argentynie w czasie dyktatury. Gdy dziewczyna zaczęła dorastać i rozumieć co się wokół niej dzieje, za wszelką cenę usiłowała ukryć to z jakiej rodziny pochodzi. Właściwie całkiem odkryła się tylko przed jedną osobą, która stała się jej bardzo bliska, ale czy zaufała jej do końca?

Pewnego dnia, który niby nie różni się niczym szczególnym od pozostałych, zdarza się coś co trudno zrozumieć, a nawet opowiedzieć. W salonie na podłodze znajduje nagiego mężczyznę ociekającego wodą. Na pierwszy rzut oka trudno w ogóle rozpoznać, czy ma do czynienia z człowiekiem. Kim jest, czemu i jak znalazł się w jej salonie i czego od niej chce? Powoli oboje odkryją prawdę i co ich ze sobą połączyło…

„Perła” to wyjątkowa powieść określana mianem realizmu magicznego. Napisana niezwykle poetycko i ujmująco, porusza jednak bardzo trudne i ważne, jednak raczej mało znane, tematy. Myślę, że główną przyczyną jest odległość miejsca, w którym się zdarzyły. Jednak – przynajmniej każdemu polskiemu czytelnikowi – bliższe, bardziej znane i zrozumiałe są dramaty związane chociażby z holocaustem czy rzezią wołyńską. Okazuje się jednak, że na drugim końcu świata również działy się bardzo bolesne, tragiczne i z pewnością bardzo wstydliwe dla Argentyńczyków wydarzenia. Carolinie de Robertis należy się wielkie uznanie, że w swojej powieści opisała problem tzw. „desaparecidos” czyli „znikniętych”, którzy byli ofiarami prześladowań politycznych w czasie rządów wojskowych w Chile i Argentynie. Niewygodne jednostki każdego dnia po prostu znikały, a ich los pozostawał nieznany. Rodziny „znikniętych” zrzeszały się w wiele organizacji, które próbowały zrobić cokolwiek, by dowiedzieć się prawdy.

„Perła” to przykład bardzo subtelnej literatury zaangażowanej społecznie. Fabuła skonstruowana w bardzo przemyślany sposób ukazuje tragizm osób dotkniętych reżimem, lecz nie robi tego w sposób brutalny i nachalny. Mimo, iż czytelnik bardzo dobrze wczuwa się w położenie bohaterów, to ani przez chwilę nie traci poczucia, że ma do czynienia z literaturą piękną. Przejmująca, wstrząsająca, wzruszająca, nieprawdopodobna, jednak tak bardzo prawdziwa powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i znalezieniu swojego miejsca w świecie. Poruszająca i zostająca w pamięci na długo. Polecam!

środa, 23 czerwca 2021

„Aleja Henri Martin 101” - Régine Deforges

Cykl: Niebieski rower (tom 2)
Wydawnictwo: Bellona
Tytuł oryginału: 101, Avenue Henri-Martin
Data wydania: 1988
ISBN: 8311075891
Liczba stron: 271

Druga część cyklu, na początku którego autorka podaje streszczenie poprzedniej części. Całkiem dobry pomysł, zważając na fakt, iż od lektury pierwszej książki minęło trochę czasu i niektóre fakty się zatarły. Lea jest starsza, po pogrzebie ojca na jej głowie spoczywa większość obowiązków. Wprawdzie może liczyć na wsparcie bliskich, jednak to ona odpowiedzialna jest za wszystko i od niej w pierwszej kolejności oczekuje się działania i decyzji. By nabrać dystansu ponownie wyjeżdża do Paryża do swoich ciotek.

Wprawdzie życie paryskie nie jest już tak beztroskie, radosne i bezpieczne, jednak paradoksalnie (zważając na jej działalność w ruchu oporu) w wielkim mieście czyha na nią mniej niebezpieczeństw. Do tego Francois Tavernier ma na nią oko i pojawia się zawsze w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Tak mija jej dzień za dniem, aż w końcu postanawia powrócić do rodzinnych winnic. Czy uda jej się utrzymać Montillac i na zawsze wyeliminować chciwego i podstępnego Fayarda? Otwarte zakończenie irytuje i wymusza bezwzględne sięgnięcie po kolejny tom.

Część druga bardzo spójna z poprzednią. Miło wrócić do bohaterów, których się już zna i ponownie popodglądać ich życie. Lea budzi coraz większą sympatię, więc czytelnik jednoznacznie jej kibicuje i trzyma za nią kciuki. Jej perypetie, zarówno w Paryżu jak i na wsi, są coraz bardziej dramatyczne i wywołują lekkie zdenerwowanie i wypieki na twarzy. W drugim tomie autorka ukazuje również coraz więcej okrucieństw, jakie niesie ze sobą II wojna światowa. Łapanki, przesłuchiwania i eliminowanie „francuskich” Żydów wpisały się w codzienność Paryża. Także przyjaciółki Lei – Sary Mulstein nie omija „wizyta” w Alei Henri Martin 101, gdzie jest brutalnie torturowana. Młodziutka Lea czasem bardzo naiwnie chce coś zrobić, nie mając tak naprawdę jakichkolwiek możliwości…

Mimo całej mojej sympatii dla Lei i Francoisa, których relacja daje wytchnienie od bardziej tragicznych zdarzeń i po prostu bardzo miło jest o niej czytać, największe uznanie należy się autorce mimo wszystko za kreację postaci Rafaehla Mahla, którego znamy już z pierwszej części. Tym razem temu żydowskiemu i gejowskiemu pisarzowi poświęca się więcej uwagi, tak, że ten może pokazać cały wachlarz swoich możliwości. Postać kontrowersyjna, budząca bez wątpienia całe spektrum emocji i bardzo tragiczna. Spośród wszystkich bohaterów zapada w pamięć najbardziej.

Książka opisująca wszelakie doświadczenia Francuzów podczas drugiej wojny światowej, a wiemy, że nie wszystkie należy nagradzać uznaniem. Kolaboracja i ścisłe oraz korzystne współpracowanie z okupantem, często przeciwko współobywatelom, wpisało się w wojenną codzienność. Było po prostu powszechne i nie brakowało czarnych owiec, które się na nie decydowały. Duży plus za coraz więcej faktów historycznych tworzących tło fabuły. Serię obecnie bardzo ciężko gdziekolwiek znaleźć. Na mojej półce czeka jeszcze tylko tom III. Mam nadzieję, że będzie miał bardziej jednoznaczne zakończenie. Polecam, jeśli ktoś ma dostęp i interesuje się literaturą francuską. Chociaż czytałam kilka podobnych i porównywalnych pozycji.

sobota, 22 maja 2021

„Miasto z mgły” - Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: Muza
Tytuł oryginału -  La Ciudad de Vapor
Data wydania: 5 maja 2021
ISBN: 9788328716797
Liczba stron: 224

Ostatnia książka to niespodzianka dla miłośników twórczości Zafona, gdyż została wydana po śmierci autora. Ciekawe, czy zaplanowana przez niego, czy stworzona jako pożegnanie, kiedy przeczuwał, że wiele już nie napisze... „Miasto z mgły” to zbiór 11 opowiadań, w których wyczuwalny jest niepowtarzalny charakter najsłynniejszej tetralogii pisarza. Otula on nowe strony niczym subtelna mgła – jeden z ulubionych motywów pisarza… Czytelnik raz jeszcze wybierze się w towarzystwie mistrza na klimatyczny spacer po ulicach Barcelony.

Bohaterowie opowiadań mają sporo wspólnego z protagonistami Cmentarza Zapomnianych Książek. Czytając, odnosi się wrażenie, że skądś się już ich zna. Gdzieś się już ich spotkało, gdzieś w Hiszpanii, pośród książek… Niektóre opowiadania można traktować jako uzupełnienie powieści, inne jako nawiązanie do nich, ukazujące zupełnie nowe postacie, które jednak idealnie pasowałyby do cmentarza zapomnianych książek. Nowością jest poświęcenie utworu twórcy, który był wzorem dla Zafona – mianowicie Miguelowi de Cervantesowi. Niezwykle realistycznie, chociaż jak na Zafona przystało wyjątkowo fantazyjnie i mistycznie, opowiada jego historię. Aż chce się w nią wierzyć! Na zasadzie, że im bardziej niemożliwa, tym bardziej prawdziwa.

Celowo nie odnoszę się stricte do treści poszczególnych historyjek, gdyż czytelnik sam będzie się nimi delektować. Niby są one odrębnymi opowieściami, jednak zbiór jest bardzo spójny. Realizm magiczny, nostalgia, melancholia, mrok, subtelność i Barcelona. Nie mogłoby zabraknąć tych cech w utworach Zafona. Do tego wszechobecne książki, miłość, dreszczyk emocji, tajemnica… Jedyne co mi przeszkadza, to fakt, że tak szybko skończyły się te opowiadania. Pisarz narobił trochę smaku swoim fanom i pokazał figę. Powszechnie wiadomo, że Zafon to mistrz epickiej powieści, współczesnej monumentalnej klasyki z wielowarstwowej narracji. Aż by się chciało, by historyjki stanowiły zaledwie szkic do powieści, które powstaną i ponownie oczarują jak „Cień wiatru” „gry anioła” i „więźnia nieba” w „labiryncie duchów”…

Biorąc pod uwagę, że to Zafon, wcale nie zdziwiłabym się, gdyby za jakiś czas w jakiś magiczny sposób autor jeszcze dał znać o sobie. Niewykluczone że Corelli nie był tylko postacią fikcyjną… Może ktoś trafi na ukryty gdzieś rękopis i niczym Sempere da mu nowe życie – ku uciesze wszystkich miłośników hiszpańskiego mistrza. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej ta myśl wydaje mi się prawdopodobna…

środa, 14 października 2020

„Tajemnica Gaudiego” - Esteban Martin, Andreu Carranza

Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 29 kwietnia 2009
ISBN: 9788374955263
Liczba stron: 392

Zazwyczaj nie lubię pożyczać książek i raczej się nie zdarza, bym poprosiła znajomych o pożyczenie książki. Chyba, że na jakiejś lekturze mocno mi zależy, a nie można jej nigdzie kupić. Wtedy nawet pożyczam książkę z biblioteki. No tak po prostu mam. Natomiast „Tajemnica Gaudiego” została mi pożyczona przez przyjaciółkę – dosłownie włożona w moje ręce z tekstem „Masz. Teraz Ty przeczytaj, potem ja. Słyszałam, że fajna”. Trochę zwlekałam zanim po nią sięgnęłam, gdyż permanentnie czeka u mnie kolejka książek do przeczytania, ale 3 dni temu zabrałam się za „tajemniczą” książkę. Już po pierwszym rozdziale byłam miło zaskoczona.

„Tajemnica Gaudiego” to powieść sensacyjna, zainspirowana postacią i twórczością hiszpańskiego architekta Gaudiego. Wokół jego tajemnicy została zbudowana cała fabuła. A ta toczy się przede wszystkim we współczesnej Barcelonie, pomiędzy licznymi budowlami stworzonymi przez mistrza. Młoda kobieta o imieniu Maria dostaje od swojego chorego na alzheimera dziadka, tuż przed jego śmiercią, nietypowe zadanie. Zważając na nietypowy stan swojego opiekuna, podchodzi do jego opowieści dość sceptycznie, nie wierząc w jej prawdziwość. To, czego oczekuje od wnuczki wydaje się mistyczne, baśniowe i jak ze świata znajdującego się na kartach książki. Maria ma bowiem rozwiązać liczne zagadki, których rozwiązanie doprowadzi ją na końcu do odkrycia tajemnicy proroctwa sprzed tysiącleci. Dlaczego ona? Bo jest wybraną, bo jest wnuczką jednego z Rycerzy Moira…

Odkrywanie dosłownie kolejnych elementów całej układanki wraz z główną bohaterką jest niezwykle pasjonujące. Książka zaciekawiła mnie już po pierwszym rozdziale i obudziła ciekawość na więcej. Trzymała w napięciu, zaskakiwała, przyprawiała o szybsze bicie serca. Dynamiczna i wielowątkowa akcja powodowała, że nie sposób było rozstać się z lekturą na dłużej. Przy całej swej nieprawdopodobnej historii, wydawała się mimo wszystko bardzo realistyczna. Tak, jakby przedstawione wydarzenia rzeczywiście miały miejsce... Z drugiej strony, powieść jest niezwykle inspirująca i sprawia, że pojawia się ogromna chęć na dogłębniejsze poznanie dzieł Gaudiego podczas zwiedzania Barcelony. Myślę, że po lekturze „Tajemnicy Gaudiego” już żadna wizyta w stolicy Katalonii nie będzie taka sama.

Jedyne moje zastrzeżenie do tej książki polega na tym, iż pomysł na całą historię wydaje się być mocno zainspirowany twórczością Dana Browna i jego religijno-historycznymi śledztwami. Tu również pojawia się tematyka chrześcijańska, religijna, sekty, walka dobra ze złem, zagadka, śledztwo i w końcu ta wybrana, która ma decydować o najważniejszym. Gdyby pomysł Martona i Carranza był nowatorski, dałabym tej książce „maksa”. Zresztą i wyjątkowy obraz tajemniczej Barcelony, który odmalowali na kartach książki autorzy wydaje się być niczym z kultowych powieści Zafona… Jeśli jednak komuś te elementy nie przeszkadzają, będzie mieć prawdziwą ucztę intelektualną podczas lektury „Tajemnicy Gaudiego”. Ja, pod koniec lektury, prawie zapomniałam, że Maria ma twarz Audrey Tautou. Na szczęście!

wtorek, 8 września 2020

„Dwanaście opowiadań tułaczych” – Gabriel Garcia Marquez

Wydawnictwo: Muza
Tytuł oryginału: Doce cuentos peregrinos
Data wydania: 15 marca 2017
ISBN: 9788328705753
Liczba stron: 188

Jest to dla mnie książka dość problematyczna... Bo Marquez – czyli klasyk (więc powinien trafić w mój gust, tak jak jego powieści, które czytałam wcześniej), jednak jeśli mam ocenić cały zbiór opowiadań, to nie bardzo podeszła mi ta pozycja. Stylistycznie, oczywiście nie mogę nic zarzucić pisarzowi. Charakterystyczny styl na wysokim poziomie, bez wątpienia dobrze się go czyta. Jednak sama tematyka opowiadań zupełnie mnie nie porwała. Powiem więcej – w przeważającej liczbie przypadków była ona wręcz męcząca i wyczerpująca. Chociaż, dwa czy trzy opowiadania, obudziły pewną nadzieję. Zabrakło jednak na koniec zadowolenia z lektury, nie mówiąc już o zachwycie.

Tytuł zbioru wskazuje mniej więcej, czego można się spodziewać po jego zawartości. Wszystkie te opowiadania mają w pewnym sensie związek z różnymi podróżami i wędrówkami. Czasem są one jedynie tłem do przedstawienia ważniejszych problemów, czasem głównym tematem. Autor po raz pierwszy przenosi też swoich bohaterów z malowniczych Karaibów do Europy, chociaż nadal pozostaje wyczuwalny ten egzotyczny charakter, który wielu ceni u Marquez’a.

Szczególnie interesujący wydał mi się wstęp napisany przez autora, w którym wyjaśnia on np. okoliczności powstawania opowiadań. Nieprawdopodobne, jak czasem bywają one niesamowite i dramatyczne. To, co szczególnie utkwiło mi w pamięci i na co rzeczywiście zaczęłam zwracać bardzo dużą uwagę, to informacja, że w przypadku opowiadań, najistotniejsze jest pierwsze zdanie. Ono rozstrzyga o całości, ono musi zaintrygować i przyciągnąć czytelnika, a także jednocześnie bardzo dużo wyjaśnić. Przyznam, że czasem czytałam kilka razy to pierwsze zdanie, by sprawdzić czy spełnia wszystkie wspomniane „funkcje”.

Dodam jeszcze, że to pierwsze „magiczne” zdanie pozwala (po jakimś czasie, który upłynął od czytania opowiadań) przypomnieć sobie całą treść opowiadania, nawet jeśli jego tytuł niewiele mówi czytelnikowi. Nigdy wcześniej nie patrzyłam pod tym kątem na opowiadania (chociaż dużo ich przeczytałam). To wywołuje uśmiech zadowolenia, że doświadczyło się czegoś nowego, innego, wyjątkowego, ale niestety cała książka nie powoduje podobnego uczucia – przynajmniej u mnie.

Mimo to sugeruję, żeby każdy, kto rozważa sięgnięcie po ten zbiór opowiadań, osobiście sprawdził, czy Marquez w takim wydaniu jest w stanie go oczarować. To nie jest oczywiście zła literatura, mi jednak czegoś zabrakło...
 

niedziela, 19 lipca 2020

„Pamięć lawendy” - Reyes Monforte

Wydawnictwo: WAM 
Data wydania: 2019
ISBN: 9788327716644
Liczba stron: 544

„Pamięć lawendy” to prezent od przyjaciółki, który potwierdza, że ponad 90% jej wyborów to strzał w dziesiątkę. Co więcej, większości, a może i prawie wszystkich jej typów sama bym nie kupiła. Dodam jeszcze, że już na pewno nie zdecydowałabym się na tę książkę, widząc tylko okładkę i/lub tytuł. Te jednoznacznie mogą kojarzyć się z jakimś babskim romansidłem. Jednak, o ile (jak większość książek) i ta jest również o wielkiej miłości na całe życie, to nie ma w niej nic pospolitego i oklepanego.

Narratorką i zarazem główną bohaterką tej powieści jest Lena – fotografka i, niestety, młoda wdowa. Jeśli istnieje coś takiego jak „miłość na całe życie”, to był nią właśnie jej mąż – Jonas, który zmarł ponad dwa miesiące temu, chociaż Lena już chyba zawsze będzie odmierzała ten czas z dokładnością do jednego dnia. Poza tym woli nie używać eufemizmów, tylko nazywać rzeczy po imieniu, bo Jonas nigdy od niej nie „odejdzie”. Pozostanie m.in. w jej pamięci na zawsze. Może te określenia wydają się brzmieć teraz dość banalnie, jednak czytając je na kartach książki Reyes Monforte nabierają jakiejś wyjątkowej głębi i stają się jakby przesłaniem, które powinno iść w świat.

Lenę poznajemy gdy wraca do rodzinnego miasteczka Jonasa, by tam na jego ukochanych polach lawendy, w towarzystwie prawdziwych przyjaciół, rozsypać jego prochy i w ten sposób spełnić jego ostatnie życzenie. Zapach lawendy już zawsze będzie jej go przypominać i budzić wspomnienia. Podczas wieczoru spędzonego w „domu Jonasa” po tym symbolicznym pożegnaniu, obudzą się także wspomnienia „sprzed czasu Leny”, czyli wtedy kiedy Jonas jeszcze jej nie znał. Dzięki jego przyjaciołom dowie się wielu tajemnic z przeszłości. Czy będzie mogła sobie z nimi poradzić?

Mimo, iż „Pamięć lawendy” to powieść obyczajowo-psychologiczna, a nie thriller, to fabuła trzyma w napięciu, a autorka stopniuje je coraz bardziej. Trochę na zasadzie śnieżnej kuli. Jedna tajemnica nierozerwalnie łączy się z kolejną. Zaintrygowany czytelnik nie może się wręcz doczekać, aż pozna wszystkie karty tej trwającej wiele lat gry. Do tego autorka w bardzo subtelny, przystępny ale i wyczerpujący sposób opisuje problem straty najbliższej osoby (chociaż w przypadku tej książki trzeba by użyć liczby mnogiej…) i przeżywania żałoby. Żal, ból i smutek jakie przepełniają Lenę, są tak sugestywne, że dla bardziej emocjonalnie podchodzących do książek czytelników wskazana będzie paczka chusteczek… Chociaż, chyba każdemu w końcu udzielą się uczucia, jakie wręcz targają bohaterami książki.

„Pamięć lawendy” to przejmująca opowieść, nie tylko o wielkiej miłości i stracie, ale i o przyjaźni, dającej pokrzepienie w najtrudniejszych chwilach. Chociaż ta historia chwilami może w niektórych wywołać małe „demony” przeszłości, to mimo wszystko daje ona też wiele pozytywów i pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Oczywiście, by znów odnaleźć spokój ducha i móc szczerze cieszyć się życiem musi minąć sporo czasu – dobrze, że Lena go jednak miała. Polecam – inspirująca, refleksyjna i zaskakująca, chociaż także wyczerpująca lektura.

sobota, 27 lipca 2019

„Labirynt duchów” – Carlos Ruiz Zafon

Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek (tom 4)
Wydawnictwo: Muza
Tytuł oryginału: El Laberinto de los Espíritus
Data wydania: 11 października 2017
ISBN: 9788328707757
Liczba stron: 896

„Labirynt duchów” to ostatnia część zamykająca tetralogię Zafona pt. „Cmentarz zapomnianych książek”. Miałam na nią ochotę już od dawna, ale nie chciałam zbyt szybko pozbywać się przyjemności poznawania dalszego ciągu historii, a w zasadzie jej zakończenia, jak i nie chciałam się pożegnać „już na zawsze” (?) z jej wyjątkowymi bohaterami. Na szczęście przez 900-stronicową objętość mogłam z tą lekturą obcować niemal tydzień, co było miłą odmianą, gdyż zazwyczaj kończę „standardowe” powieści po 2-3 dniach.

Mogłoby się wydawać, że kolejna część nie przyniesie już czytelnikowi nic nowego, jednak nic bardziej mylnego! Fabuła „Labiryntu duchów” skupia się wokół całkiem nowej, budzącej sympatię, postaci – Alicji Gris, której losy oczywiście w jakiś sposób będą powiązane ze starymi bohaterami, jednak jej pojawienie się łączy się z całkiem nowymi i niezwykle intrygującymi wątkami, których oczywiście nie będę tu zdradzać. Wspomnę tylko, że los samej bohaterki do złudzenia przypomina tytułową Nikitę z filmu Luca Bessona. Tak – tym razem będzie trochę strzelania i przemocy. Jednak, mimo iż niektóre sceny są dość drastyczne, książka nie straciła swojego uroku. Autor zachował równowagę, chociaż zdecydowanie pokazał inne oblicze historii, co jest oczywiście tylko i wyłącznie zaletą. Zaskoczenia w literaturze są niezwykle ważne – przynajmniej dla mnie.

Już przy okazji pisania opinii o innej książce Zafona wspomniałam, iż nie ma takich słów, które w pełni oddadzą wyjątkowość dzieł tego autora. Je trzeba po prostu przeczytać, by się o tym przekonać! By móc ulec ich urokowi. Mnie niezmiennie oczarowują i dostarczają całego spektrum doznań. Wzruszają, zaskakują, trzymają w napięciu, wywołują uśmiech do swoich myśli – czarują! Z każdą kolejną częścią serii byłam pod coraz większym wrażeniem i coraz większą sympatią darzyłam jej bohaterów.

Zakończenie godne całego cyklu i chociaż autor daje sobie pewną furtkę, by jednak jeszcze kiedyś móc powrócić na Cmentarz Zapomnianych Książek, to wg mnie opowieść jest już spełniona i zakończona. Na jego miejscu raczej zrezygnowałabym z jej przeciągania na siłę. Czasem można „przedobrzyć”, a w tym przypadku byłaby to wielka szkoda.

środa, 22 maja 2019

„Gra w klasy” – Julio Cortazar

Wydawnictwo: Muza Tytuł oryginału: Rayuela
Data wydania: 2008
ISBN: 9788374954273
Liczba stron: 688

„Gra w klasy” to książka, do której wróciłam po latach, gdyż ze wstydem muszę przyznać, że z „pierwszego czytania” niewiele pamiętałam. Być może sięgnęłam po nią wtedy zbyt wcześnie, może do takich lektur trzeba po prostu dorosnąć. A ponieważ „Grę w klasy” można czytać przynajmniej na dwa sposoby (chociaż „wymyśliłam” mój – trzeci – ale o tym później…), za drugim podejściem postanowiłam nie skupiać się tylko na chronologicznych rozdziałach od 1 do 56, a uzupełnić je o rozdziały nazywane przez samego autora jako „Z różnych stron (rozdziały, bez których można się obejść)” – muszę mu przyznać 100% racji! Ten drugi sposób opiera się na kluczu zamieszczonym na początku książki, wg którego rozdziały chronologiczne uzupełnione są o te dodatkowe zupełnie przypadkową numeracją (np. 73 – 1– 2 – 116 – 3 – 84 – 4 … itd.).

Z przykrością muszę stwierdzić, że bardzo szybko rozdziały dodatkowe okazały się „zbędne” i wyjątkowo mnie męczyły, co spowodowało, że sporo z nich czytałam bardzo pobieżnie lub je po prostu pomijałam. Dotyczyło to głównie tych, które całkowicie traktowały o filozofii – wg mnie zupełnie niezwiązanej z chronologicznymi rozdziałami, które mimo wszystko jakąś fabułę posiadały. Odpuściłam sobie też na przykład rozdziały po francusku – bez tłumaczenia – szczerze, nie wiem jaki był sens ich umieszczania oraz napisane w dziwny sposób czyli np. rozdział, w którym najpierw należy przeczytać wersy parzyste, a dopiero później nieparzyste. Z rozdziałów dodatkowych wybierałam tylko te, które dotyczyły bezpośrednio bohaterów książki.

A czym jest właściwie ta książka? Najogólniej rzecz ujmując można stwierdzić, że przedstawia nietypowych – bo z różnych stron świata – przedstawicieli paryskiej bohemy, spotkania ich klubu, niespieszne rozmowy o sztuce, filozofii, życiu przy łykach yerba mate i dźwiękach z płyt analogowych. Przyznam, że niektóre miały niepowtarzalny urok, chociaż zdecydowana większość była wg mnie na siłę udziwniona i przeintelektualizowana, co powodowało, że miało się wrażenie, iż są to właściwie rozmowy o niczym (nie mylić z Nitschem).

W zasadzie zaciekawił mnie jedynie wątek związany z główną parą z „Klubu Węża” (jak o sobie mówili) czyli relacja Horazio i Magi. Ich wzajemny stosunek bywał fascynujący i z pewnością książka zyskałaby więcej zwolenników gdyby został rozwinięty, a tak „elementy dodatkowe” zdominowały i stłamsiły tę parę. Cały czas, czytając „Grę w klasy” miałam wrażenie, że Cortazar na siłę chce być oryginalny, nieprzeciętny, a może i wręcz kultowy! Tylko, że w przypadku tego „dzieła” jego kultowość polega chyba jedynie na tym, iż ktoś powiedział, że takie właśnie jest…

Może tej książce należy poświęcić zdecydowanie więcej uwagi i czasu niż ja to zrobiłam… Może potrzebne jest sięganie po dodatkowe źródła traktujące dokładniej o wspomnianych w niej postaciach i nurtach… Może po prostu nie jestem odbiorcą, dla jakiego przeznaczył ją autor… Cóż, pozostaje mi tylko stwierdzić, że Cortazar (a przynajmniej jego „Gra w klasy”) jest nie dla mnie. Raczej nie polecam, bo trudno mi stwierdzić, komu mogłaby się spodobać ta książka.

czwartek, 4 kwietnia 2019

„Więzień nieba” – Carls Ruiz Zafon

Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek (tom 3) 
Wydawnictwo: Muza
Tytuł oryginału: El Prisionero del Cielo
Data wydania: 19 kwietnia 2012
ISBN: 9788377581872
liczba stron: 416

Podobno można traktować poszczególne tomy serii pt.: „Cmentarz Zapomnianych Książek” jako samodzielne i odrębne woluminy, dla mnie jednak jest to jedna spójna całość i uważam, że należy poznać ją kompleksowo. Przyznam, że dawkuję sobie tę przyjemność od jakiegoś czasu i już czuję lekki smutek, że przede mną tylko ostatni tom cyklu. Zazdroszczę czytelnikom, którzy mają przed sobą spotkanie z Davidem Martinem, rodziną Sempere, Ferminem i innymi.

„Więzień nieba” to zdecydowanie najkrótsza część serii i stwierdzam, że jest właściwie wprowadzeniem do ostatniego tomu. Finał opowieści zostaje jakby zawieszony i odsunięty w czasie. Nie wyobrażam sobie, że czytelnik mógłby poprzestać na czytaniu właśnie w tym momencie. Nie znaczy to oczywiście, że oceniam tę książkę negatywnie. Przeciwnie – wnosi ona wiele faktów do biografii głównych bohaterów – przede wszystkim poznajemy tajemniczą przeszłość Fermina Romero de Torres, który do teraz jawił się jako bardzo zagadkowy typ. Okazuje się, że przypadkowi ktoś kiedyś jednak pomógł i jego pojawienie się u rodziny Sempere miało swój cel. Nie jest to oczywiście tom skupiający się tylko i wyłącznie na tej jednej postaci. Dowiadujemy się również kolejnych informacji na temat Davida Martina oraz oczywiście Daniela, który jest spajającym wszystkie wątki ogniwem. Jedyny „zarzut” jaki mam to to, że było za krótko i za mało.

Książki Zafona mają to do siebie, że czyta się je wręcz błyskawicznie! Z „Więźniem nieba” było podobnie, chociaż odnoszę wrażenie, iż autor trochę zwięźlej niż zazwyczaj przedstawił tę część historii. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to powieść epicka, klasyczna, klimatyczna i oczywiście mocno uzależniająca. Będzie dreszczyk emocji – i to niejeden, będzie o miłości, zemście i oczywiście o prawdziwej przyjaźni. „Wstęp” zdecydowanie zachęcający do sięgnięcia po ostatnią część cyklu i chyba taki był główny zamysł autora. Niesamowicie ciekawi mnie „Labirynt duchów”, który czeka już na mojej półce, jednak odwlekam jak mogę przeczytanie go i tym samym zakończenie mojej przygody z „Cmentarzem Zapomnianych Książek”.

sobota, 23 lutego 2019

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” - Mario Vargas Llosa

Wydawnictwo: Znak
Tytuł oryginału: Travesuras de la niña mala
Data wydania: 2007
ISBN: 9788324008711
Liczba stron: 384

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” to pierwsza książka autorstwa Mario Vargasa Llosa, po którą sięgnęłam i od razu okazał się to trafny wybór. Chciałam „sprawdzić” tego pisarza głównie ze względu na przyznaną mu Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, która – jak teraz sądzę – przyznana mu została zasłużenie. Z wielką ciekawością sięgnę w przyszłości po jego kolejne utwory.

Można by chyba zaryzykować stwierdzenie, że prawie każda książka opowiada historię jakiejś miłości, ale o tak wyjątkowej miłości i w tak dobrym stylu jak zrobił to Llosa w „Szelmostwach…” nie pisał nikt dotąd. Narratorem i głównym bohaterem książki jest Ricardo – Peruwiańczyk, tłumacz władający kilkoma językami, którego jedynym marzeniem i celem w życiu było zamieszkanie w Paryżu, co mu się zresztą dość szybko udało. Poza tym jego życie wypełnione jest nieustannie przez fascynację kobietą, którą poznał jeszcze w czasach szkolnych mieszkając w Limie. Wywarła na nim tak ogromne wrażenie, że ta młodzieńcza miłość stała się jedyną, prawdziwą i to na całe życie. Pozornie brzmi banalnie, ale zaręczam, że tak nie jest! Gdyż obiekt jego uczuć nie jest typowy – to kobieta fatalna, modliszka, wyrachowana, czuła, namiętna, gorąca, dominująca, perwersyjna i gotowa poświęcić wszystko dla osiągnięcia swojego celu…

Nie chciałabym zdradzać więcej, by nie psuć przyjemności czytelnikom decydującym się sięgnąć po „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Dodam jednak, że każdy rozdział będzie niesamowitą niespodzianką i pokaże „dziewczynkę” z zupełnie innej strony. Dostarczy to zarówno „Ricardito” (jak go nazywa) jak i czytelnikowi niesamowitą dawkę emocji i wrażeń, o których ciężko będzie zapomnieć. Jeśli dodamy do tego malowniczą scenerię – głównie Paryża, ale i Tokio, Londynu czy Madrytu oraz wiele ciekawych odwoływań do ojczyzny głównego bohatera, którą możemy lepiej poznać oraz przepiękny i subtelny styl literacki jakim posługuje się autor, to otrzymamy wyjątkowo dobrą porcję literatury na światowym poziomie, którą spokojnie można zaliczyć do klasyki gatunku. Polecam wszystkim to moje pierwsze zauroczenie Llosem.

środa, 26 grudnia 2018

„Gra anioła” – Carlos Ruiz Zafon

Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek (tom 2) 
Wydawnictwo: Muza
Tytuł oryginału: El Juego del Angel
Data wydania: listopad 2008
ISBN: 9788374956000
Liczba stron: 608

Sięgając po „Grę anioła” przeczuwałam, że ta książka – podobnie jak pierwsza część cyklu „Cmentarz zapomnianych książek” – przypadnie mi do gustu. I tak też się stało – ponownie całkowicie uległam czarowi Zafona, który na kilka dni przeniósł mnie do wyjątkowego i czarującego świata wykreowanego na kartach swojej książki. Było to drugie – dość późne, ale i niezwykle udane spotkanie z Carlosem Ruizem Zafonem, którego długo nie zapomnę. 

Tym razem akcja powieści toczy się wcześniej niż wydarzenia opisane w „Cieniu wiatru”. Przenosimy się więc do Barcelony i lat 20-tych XX wieku, by poznać Davida Martina – początkującego pisarza, któremu magiczny świat książek pokazał nie kto inny jak właściciel niezwykłego antykwariatu czyli Sempere – ojciec. Ich długoletnia przyjaźń zrodziła się w dniu, kiedy mały David, chcąc uratować ukochaną książkę, zwrócił się do jedynego człowieka, na którym mógł polegać i którego darzył zaufaniem, a ten zaoferował schronienie, oczywiście nie tylko jego lekturze, ale i chłopcu…
Gra anioła” to jednak nie tylko historia o przyjaźni z książkami w tle. To opowieść o pisarzu, który otrzymuje bardzo kuszącą ofertę stworzenia książki jakiej jeszcze nie było – dzieła jego życia, za które dodatkowo otrzyma niewyobrażalnie wysoką sumę pieniędzy, ale i pewien o wiele większy dar. I w momencie kiedy David przyjmuję tę niezwykle intratną ofertę zaczynają się dziać niewyobrażalne rzeczy, których wcześniej w ogóle nie wziął pod uwagę. Jednak „gentlemen's agreement” nie można złamać…

W powieściach Zafona najbardziej chyba lubię ich wielowątkowość. Nie da się w zaledwie kilku słowach streścić o czym one opowiadają. To wszystko sprawia, że obcowanie z nimi jest niepowtarzalną przygodą, która co jakiś czas, regularnie serwuje czytelnikowi kolejną niespodziankę w postaci nieoczekiwanego zwrotu akcji lub znaczącego i budzącego wiele emocji bohatera, które jednocześnie balansują całą historię, kiedy wydawać by się mogło, że nastąpił przepych pewnych np. tragicznych elementów.

Zafon to niekwestionowany mistrz słowa i opowieści. Do tego jego poetyckie opisy i wysublimowany język potrafią kreować olśniewające historie, które wręcz przykuwają do siebie czytelnika i nie pozwalają odłożyć mu książki „na później”. Zasada „jeszcze tylko jeden rozdział” idealnie sprawdza się w przypadku tych utworów.

Ten, kto lubi w książkach wartką akcję, intrygę, zagadkę, ale i tragedię przeplatającą się z romansem na pewno nie pożałuje, że sięgnął po „Grę anioła” – wielowymiarową i fantazyjną grę, z osobliwym i niebywałym, ale zadowalającym nawet najbardziej wybrednego czytelnika finałem! Polecam! Świetna rozrywka na wysokim poziomie.