Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lipca 2025

„Colette” – Valérie Perrin

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: Tata 
Data wydania: 2025-05-21 
Liczba stron: 576 
ISBN: 9788383616360

Do tej pory wszystkie książki Valerie Perrin porywały mnie praktycznie od pierwszej strony. Nauczona doświadczeniem, w zasadzie w ciemno, sięgałam po kolejne nowe pozycje. Z „Colette” z początku było dość opornie i wręcz męcząco, co dość mocno mnie zdziwiło. Jednak w pewnym momencie historia porwała mnie na całego i nie mogłam doczekać się dalszego ciągu opowieści, a ta z rozdziału na rozdział zaczęła być coraz bardziej zaskakująca. Można by rzec, że Valerie Peririn zaczęła doskonalić się w suspensie (!), co nie jest typowe dla gatunku jaki reprezentuje.

Tytułowa „Colette” jest ciotką głównej bohaterki Agnes. Obie kobiety były ze sobą dość mocno zżyte. Od najmłodszych lat Agnes spędzała każde wakacje u cioci i obie bardzo lubiły ten czas. W późniejszym etapie życia, kiedy Agnes ze względu na sprawy zawodowe mieszkała w Stanach Zjednoczonych, regularnie w każdy wtorek rozmawiała z Colette przez telefon. Po śmierci ciotki Agnes mocno odczuła tę stratę. Ogólnie zaczął się dla niej dość ciężki okres zakończony rozwodem i niemocą twórczą. I żeby tego wszystkiego było mało, to otrzymała dziwny telefon z żandarmerii z rodzinnego miasta Colette, zawiadamiający o śmierci jej ciotki. Tylko że ciotka nie żyła od 3 lat.

Mimo niedorzeczności całej sytuacji Agnes postanawia wrócić w strony z młodzieńczych lat i sprawdzić kto został pochowany wtedy, a kto zmarł teraz. W tym amatorskim śledztwie wesprą ją przyjaciele z dzieciństwa oraz detektyw, z którym współpracowała podczas kręcenia swoich filmów. Po raz kolejny potwierdzi się, że życie pisze najlepsze scenariusze – często wręcz niewiarygodne. Agnes odkryje wiele tajemnic – nie tylko Colette, ale i całej swojej rodziny – oraz (co zaskoczy ją najbardziej) również jej samej…

„Colette” to powieść wielowątkowa, bardzo rozbudowana, można by rzec epicka. W zasadzie to osobista historia prawie każdego bohatera mogłaby posłużyć za kanwę oddzielnej książki. Jednak autorka postanowiła bardzo subtelnie połączyć ze sobą losy wielu bohaterów. Przenikają się one na przestrzeni lat, tworząc swoistą, wielowarstwową pajęczynę w taki sposób, że nie wszystko jest widoczne od pierwszego momentu. Nierzadko trzeba się przebić przez gąszcz nitek, by dojść do sedna. I odkrycie właśnie tej istoty czyli w zasadzie finał powieści bardzo mocno zaskakuje.

A swojej najnowszej powieści autorka zestawia ze sobą bardzo wiele kontrastowych problemów i motywów. Nie tylko opisuje historię utalentowanego, genialnego dziecka z nizin społecznych, które potrafi ze słuchu zagrać na fortepianie utwory mistrzów. Dzięki wsparciu życzliwych osób udaje mu się zostać w przyszłości wielkim muzykiem i osiągnąć niebywały sukces.

Przeciwstawnie pokazuje jak mogą potoczyć się losy, kiedy dziecko nie tylko nie otrzymuje tego wsparcia od otoczenia, ale i zostaje skrzywdzone przez dorosłego. I mimo, iż temat molestowania nieletnich nie jest typowym dla literatury pięknej, to w narrację Perrin wpisuje się jak ulał i uzupełnia całą historię. Zresztą sporo uwagi poświęca również przemocy wobec kobiet i brutalności mężczyzn.

Tłem historycznym niektórych wątków jest holocaust i sytuacja Żydów we Francji w latach 40-tych. Perrin sięga więc po fakty historyczne i pomiędzy nie wplata losy swoich bohaterów.

Ale przede wszystkim wskazuje, iż każdy człowiek ma bardzo bogatą historię osobistą, której na pierwszy rzut oka nie widać. Każdy ma jakieś tajemnice, które po odkryciu zmieniają postrzeganie tej osoby. Warto poznać swoje historie rodzinne, by odkryć kim się jest, o czym dowiaduje się Agnes – główna bohaterka książki. Mimo wszystko jest to oczyszczające i pozwala pójść naprzód swoją drogą.

Mimo trudnego początku, ogólnie jestem zachwycona książką „Colette” – zaangażowana literatura piękna, której towarzyszą dźwięki fortepianu to coś, co polecę każdemu czytelnikowi. Jestem niesamowicie ciekawa, co teraz Valerie Perrin szykuje dla swoich czytelników. Nawet nie będę próbowała zgadywać.

niedziela, 6 lipca 2025

„Sekret prawie byłego męża” – Aneta Jadowska

Wydawnictwo: Sine Qua Non 
Cykl: Gracje z Ustki (tom 2)
Data wydania: 2025-03-12 
Liczba stron: 350 
ISBN: 9788383309378

Ponieważ w tym roku nie udało mi się pojechać do Ustki, postanowiłam odwiedzić Gracje chociażby na kartach książki i poczuć przynajmniej w małym stopniu klimat mojego ulubionego, nadbałtyckiego kurortu. Usteckie trylogie to lektura idealna na lato i urlop. Nie mogłam się więc doczekać, kiedy w końcu sięgnę po drugi tom, drugiej trylogii z Ustki.

„Sekret prawie byłego męża” Agaty przysporzył trzem Gracjom sporo kłopotów. Z racji relacji oczywiście najbardziej dotknął Agatę – autorkę kryminałów, która odniosła ogromny zawodowy sukces. A ponieważ w życiu panuje równowaga, to niestety sfera prywatna – od czasu gdy na pełen etat zaczęła zajmować się pisarstwem – dała jej mocno w kość. To co stało się podczas jej wizyty w stolicy na tyłach domu Niny, było punktem kulminacyjnym jej przeprawy z prawie byłym mężem. Od teraz na dwoje babka wróżyła: albo totalne zwycięstwo, albo klapa na całego. Na szczęście Agata nie była z tym wszystkim sama, przyjaciółki stanęły za nią jak mur! Razem postanowiły rozwiązać zagadkę kryminalną i wesprzeć swoim talentem detektywistycznym lokalną policję. Kto zna się na sprawach kryminalnych lepiej niż trzy Gracje literatury ? Przecież nie Straszewicz i Garstka. Swoją drogą, ten pierwszy sporo zyskuje w drugim tomie. Podoba mi się to!

Nadmorskie komedie kryminalne autorstwa Jadowskiej to świetna rozrywka, lekka lektura, pełna humoru, ale i wywołująca dreszczyk emocji. Nie zapominajmy w końcu, że fabuła opiera się jednak na tajemniczym morderstwie. Cudowne, ciekawe i inteligentne postacie między którymi iskrzy – zarówno w kontekście przyjaźni jak i miłości. Chyba każdy, czytając marzy, by trafić kiedyś na taką (lub dokładnie tę) ekipę! By mieć koło siebie tak oddanych przyjaciół. Jedyny zarzut do książki to to, że tak szybko się skończyła. Akcja toczy się tak wartko i tak wciąga czytelnika, że nawet nie zauważa kiedy dochodzi o ostatniej strony. Ciekawe ile czasu autorka będzie kazała czekać na ostatni tom serii. Czyżby pierwsze skrzypce miała w nim zagrać Zuza?

poniedziałek, 16 czerwca 2025

„Tajemnica pani Ming” – Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova 
Seria: Cykl o Niewidzialnym
Tytuł oryginału: Les Dix Enfants Que Madame Ming n'a Jamais Eus 
Data 1. wydania: 2012-04-02 
Liczba stron: 80 
ISBN: 9788324025145

Książki Schmitta – szczególnie te krótsze, około 100-stronicowe – idealnie nadają się na „przerywniki” między bardziej obszernymi i wymagającymi pozycjami. Idealne na jeden wieczór. Zresztą są zazwyczaj tak zajmujące, że i tak nie sposób odłoży ich na później. Autor niesamowicie przyciąga i rozbudza ciekawość, a jego styl sprawia, że nawet nie zauważam, kiedy znikają kolejne strony. Po ostatnich lekturach, kiedy musiałam „brnąć” było to bardzo przyjemne uczucie. Czyli to jednak kwestia sposobu pisania, a nie czytania sprawia ile czasu trzeba poświęcić na lekturę.

„Tajemnica pani Ming” to historia nietypowej znajomości, która z czasem przeradza się w osobliwą przyjaźń między francuskim biznesmenem a chińską babcią klozetową. A wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania, kiedy to tajemniczy narrator (którego imienia nie poznajemy), w czasie negocjacji z kontrahentem, zwyczajowo robił przerwę w najmniej odpowiednim momencie i szedł właśnie do hotelowej toalety. Tak poznał pracująca tam panią Ming – uroczą i bardzo przyjazną – ale wyjątkowo gadatliwą osóbkę. Zaczęło się błaho, od gadki szmatki, jednak z każdym kolejnym spotkaniem pani Ming pokazywała swojemu interlokutorowi coraz więcej blasków i cieni, które towarzyszyły jej życiu. Ciekawiła, szokowała, ale i w pewnej chwili mocno irytowała swojego partnera. Czym tak zaszła mu za skórę, że pierwsze o czym myślał przy następnej wizycie w kraju kwitnącej wiśni było właśnie spotkanie z panią Ming i poznanie dalszego ciągu?

Ta książka jest tak urzekająca jak charyzma pani Ming. Historia nieprawdopodobna i zaskakująca. Pełna złotych myśli i morałów, przez co pouczająca i inspirująca. I idealnie w tym wypadku pasuje metafora, iż książki są przeciwieństwem armat – im krótsze i lżejsze, tym dalej niosą. Niestety, nie pamiętam, kto jest autorem tego powiedzenia. Kusi mnie, by dzisiejszego wieczoru zrobić replay. Czeka na półce jeszcze kilka mini-opowiastek Schmitta.

niedziela, 15 czerwca 2025

„Starość. O tym co najważniejsze” – Lisa Aisato, Linn Skåber

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tytuł oryginału: Til oss fra de eldste 
Data wydania: 2024-08-28 
Liczba stron: 256 
ISBN: 9788308084779

Właśnie przeczytałam ostatnią część cyklu książek o różnych etapach życia autorstwa Linn Skaber, ilustrowanych przez Lise Aisato i z przykrością stwierdzam, że na tle poprzedzających ją wypada średnio. Więcej tu cieni, niż blasków. Brak tego dowcipu i polotu, który charakteryzował „Młodość” i „Dorosłość”. Tym razem nie dało się jej przeczytać „jednym tchem”. Raczej trzeba było zaczerpnąć powietrza po każdym kolejnym rozdziale.

Książka stylistycznie i formalnie nie odbiega od poprzednich części. Składa się z 24 dość krótkich rozdziałów, przeważnie pisanych prozą, które dotyczą pewnego zagadnienia związanego ze starością. Pisane przeważnie w formie wspomnień. Uzupełnione są oczywiście przepięknymi ilustracjami Lisy Aisato. I to one w dużej mierze wpływają na pozytywny odbiór „starości”, gdyż wypowiedzi bohaterów książki raczej napawają pesymistycznie. Może to taki zabieg autorki „ku przestrodze”? By zmienić coś jeszcze – teraz, na potem? Lub zmienić nastawienie do osób, które przeżywają to „potem”.

Już kiedyś zauważyłam, że książki Skaber raczej nie są pisane uniwersalnie. Wiele w nich niuansów powszechnych jedynie dla środowiska autorki, czyli Skandynawii. Tym razem było to jeszcze bardziej wyczuwalne, co jeszcze bardziej przeszkadzało w odbiorze. Jak dobrze, że każdy rozdział zakończony był ilustracją Aisato! Z pewnością warto po nią sięgnąć, by dopełnić serię. Jednak o ile dwie pierwsze części byłyby świetnymi prezentami dla osób w stosownym wieku, tak tym razem powstrzymałabym się z zakupem na urodziny dla jakiegoś seniora. I to dość dużo mówi o tej książce.

Z pewnością skłania do refleksji i zadumy – szczególnie w kontekście, czy rzeczywiście posiada jakąś wartość „dokumentalną”. Chyba najbardziej podobał mi się ostatni rozdział pt. „Rady”, w którym przedstawiono rady STARYCH dla młodych i STARYCH dla STARYCH. Tak – to cytaty z książki, tak właśnie ujęła to Linn Skaber, lub też przetłumaczyła Milena Skoczko-Nakielska. I może to jest właśnie problem tej książki? Cóż – szkoda, że ostatni rozdział nie jest podsumowaniem całości. Na szczęście zapada w pamięci najbardziej.

środa, 4 czerwca 2025

„Ostatni zdrajca” – Krzysztof Koziołek

Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów
Data wydania: 2025-04-03 
Liczba stron: 442 
ISBN: 9788397187177

Nigdy nie ukrywałam, że Krzysztof Koziołek jest jednym z moich ulubionych lubuskich pisarzy. W zasadzie, jak dotąd, jego książki albo mnie zachwycały, albo „zaledwie” mi się podobały. Sporadyczne przypadki, które można policzyć na palcach jednej ręki, nie trafiły w mój gust. Z najnowszą książką znowu jest problematycznie. Próbując ją ocenić, musiałabym wyciągnąć średnią, gdyż mniej więcej od połowy akcja wciągnęła mnie jak zazwyczaj. Wcześniej było ciężko…

Fabuła powieści dotyczy aktualnych wydarzeń politycznych w Polsce, czyli wyborów prezydenckich. Niespodziewanie nową głową państwa zostaje skrajnie prawicowy kandydat, co kolosalnie wypływa na sytuację polityczną w kraju. Wychodzi na to, że historia może się powtarzać i na ulicach Polski znowu pojawiają się „przyjaciele” ze wschodu. Na szczęście, prawe i szlachetne jednostki myślące inaczej biorą sprawy w swoje ręce i tak powstaje ruch oporu. Czy będzie jednak w stanie przeszkodzić błyskawicznie rozpowszechniającemu się absurdowi i złu?

„Ostatni zdrajca” to thriller polityczny, chociaż w moim odczuciu mogłoby to być political ficition. Może nie posiadam tak ogromnej wiedzy i zamiłowania do polityki jak Krzysztof Koziołek, ale podczas lektury odniosłam wrażenie, że przedstawione tam wydarzenia jednak nie są prawdopodobne i nie stanowią realnego zagrożenia dla polskich obywateli. Ale może „nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem”? Na pewno są w tej dziedzinie bardziej kompetentni, więc nie polemizuję. Jednakże, pomijając powyższe, w stuprocentowym pozytywnym odbiorze przeszkadzało mi coś jeszcze. Otóż, polityka zbyt mocno przytłoczyła fabułę i zdecydowanie zdominowała pierwszą połowę książki, uniemożliwiając wciągnięcie się w akcję i nawiązanie jakiejś nici sympatii z bohaterami, których przedstawiono dość pobieżnie. Zazwyczaj historia głównych bohaterów ciekawi tak mocno, że nie można oderwać się od książki, tym razem musiałam mocno wytężać wzrok, by ją dostrzec pomiędzy politycznymi przepychankami. Ale może „to jest słuszna koncepcja”…

Reasumując. Na pewno polecam miłośnikom polityki, którzy śledzą regularnie i intensywnie aktualną sytuację w państwie. Zawsze ciekawie jest spojrzeć na problem z innej perspektywy. Dodam, iż powinni to być czytelnicy obiektywni, a nie zafiksowani na jedną ze stron. Druga połowa książki przynosi kilka pozytywnych zaskoczeń i wywołuje uśmiech zadowolenia, który tak lubię podczas lektury. Ciekawe, czy ktoś jeszcze – tak jak ja – podczas czytania szukał w sieci informacji o Barze Laguna… Grupa emerytowanych judoków – cudna! Powinno być ich więcej… w TEJ pierwszej połowie.


poniedziałek, 31 marca 2025

„Kobiety” – Kristin Hannah

Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: The Women
Data wydania: 2024-05-15
Liczba stron: 544
ISBN: 9788382890945

Kristin Hannah dość długo kazała mi czekać na kolejną książkę. Już prawie zdążyłam zapomnieć, jak doskonale czyta się jej powieści. Zaskakuje mnie to za każdym razem tak samo. Mimo, iż autorka – jak np. w tym przypadku – opisuje zupełnie inne i jednak obce dla nas realia, to mimo wszystko czytelnicy nawet z drugiego końca świata, mogą utożsamiać się z bohaterami i współodczuwać ich radości, ból i strach, tak jakby te problemy dotyczyły ich bezpośrednio. A tak naprawdę wojnę w Wietnamie oraz stosunek Amerykanów do żołnierzy i całego przedsięwzięcia militarnego znamy głównie z filmów. Bo właśnie Wietnam jest tłem historii „Kobiet”, którą Kristin Hannah przez wiele lat opisywała.

Frankie (chyba mimo wszystko pod wypływem impulsu i silnych emocji) postanawia diametralnie zmienić swoje dotychczasowe życie grzecznej panienki, wychowywanej na wzorową przyszłą żonę i jako pielęgniarka pojechać do Wietnamu. Pomysł wydaje się tym bardziej szalony, że praktyki w zawodzie właściwie wcale nie ma. Jednak tak podpowiada jej serce i cicho marzy, że kiedyś jej zdjęcie trafi na ścianę bohaterów w gabinecie jej ojca, gdzie swoje miejsce mają wszyscy walczący o swoją ojczyznę.

W ciągu kilkunastu godzin lotu młoda kobieta przenosi się do zupełnie innego świata. Świata, którym rządzą zupełnie inne zasady niż znała dotychczas. Świata, w którym śmierć i to w ogromnych męczarniach, jest integralną (by nie powiedzieć zwykłą) częścią codzienności. Świata, który nie wiadomo kiedy się skończy, gdyż każdego dnia można stracić życie. Na szczęście, nawet w piekle można trafić na prawdziwych przyjaciół i to dzięki dwóm pielęgniarkom – Ethel i Barb – Frankie zrozumiała, że postąpiła słusznie jadąc na misję i nigdy nie zmieniłaby tej decyzji. Odtąd były jak trzej muszkieterowie – mogły na sobie polegać w każdej sytuacji. Wietnam przyniósł Frankie nie tylko dwie najwspanialsze przyjaciółki. To tam stała się nie tylko dorosłą osobą, ale i prawdziwą kobietą, która przeżyła swoją pierwszą miłość. Czy była to miłość na całe życie? Czy miłość do końca życia (jednego z dwóch)?

„Kobiety” to książka, podczas pisania której Hannah starała się pozostać jak najbardziej wierną faktom historycznym i dlatego obok przepięknej i przejmującej historii młodej kobiety, mamy tutaj potężny zbiór merytorycznej wiedzy, która przybliża mniej zorientowanej części czytelników istotę okrucieństwa wojny w Wietnamie. Przyznam, że i mnie zaskoczył skrajnie negatywny stosunek Amerykanów do weteranów, którym udało się wrócić do domu oraz przede wszystkim niedorzeczne bagatelizowane roli kobiet na froncie. Kobiet, które wprawdzie walczyły przy stole operacyjnym, ale każdego dnia stykały się z zagrożeniem i jego skutkami, ratując życie rannych, jeśli było to w ogóle możliwe.

Kolejnym ważnym aspektem jest powrót do domu i trudy odnalezienia się w zupełnie innej i nowej rzeczywistości. Frankie (jak wielu innych) w Wietnamie funkcjonowała na ogromnej adrenalinie. Ciągły stres jaki jej towarzyszył, spowodował, że wyrobiła sobie pewne mechanizmy obronne, działała niczym robot, który miał wykonać pewne zadanie. Intuicyjnie podchodziła do wielu problemów, które odhaczała z listy punkt po punkcie. Z czasem stała się niesamowicie kompetentnym fachowcem, który idealnie wykonywał swoją pracę. Powrót do spokojnej, zwyczajnej i nudnej rzeczywistości ponownie wywrócił jej życie do góry nogami. Hannah bardzo dogłębnie opisuje skutki stresu pourazowego, który w czasach bohaterów książki dopiero wchodził do kanonu psychologii i z którym lekarze do końca nie potrafili jeszcze pracować.

Poza tym, że weterani musieli walczyć o siebie z „demonami wojennymi”, które towarzyszyły im w powojennej codzienności, to musieli również walczyć z dużą częścią społeczeństwa o swoje dobre imię, tak by w końcu byli traktowani jak bohaterowie, którzy walczyli o swój kraj, a nie przeciwko niewinnym cywilom. W dzisiejszych czasach ciężko jest mi zrozumieć, z czego wynikała niechęć do kobiet, które pojechały na wojnę. Większą ich część stanowiły pielęgniarki, jednak pracowały one również na innych stanowiskach. Może rzeczywiście nie walczyły z karabinem w ręku, jednak była to bezspornie walka.

„Kobiety” to bardzo ważna książka – nie tylko w środowisku amerykańskim, ale i globalnie. Porusza oczywiście istotne aspekty wiedzy na temat wojny w Wietnamie i – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – szerzy prawdę. Jest to jednak książka przede wszystkim o kobietach – ich roli, prawach, możliwościach i o ogromnej sile jaka nimi kieruje. „Kobiety” to oczywiście również bardzo emocjonująca powieść o wielkiej i nieszczęśliwej miłości, o prawdziwej przyjaźni, która przenosi góry. To powieść o celu i sensie życia i o tym jak ważne jest znaleźć swoje miejsce, by czuć się spełnionym. To również powieść o tych ciemnych stronach egzystencji – o rozczarowaniach, zdradach, zawodach, nałogach i lękach. Może dzięki nim bardziej doceniamy jasne dni. Wyjątkowo przejmująca historia, która zapada w pamięć. „Typowa” Hannah!



poniedziałek, 24 marca 2025

„Wzgórze psów” – Jakub Żulczyk

Wydawnictwo: Świat Książki
Ekranizacje: Wzgórze psów (2025)
Seria: Nowa proza polska
Data wydania: 2025-01-29
Data 1. wyd. pol.: 2017-04-26
Liczba stron: 864
ISBN: 9788368350302

To moje drugie spotkanie z twórczością Żulczyka i chociaż pierwsze było bardzo udaną przygodą, to sama nie zdecydowałabym się tak szybko na jego kolejną książkę, ale otrzymałam prezent, więc przeczytałam. Uzasadnienie tego prezentu było dość ciekawe, a mianowicie – serial na podstawie „Wzgórza psów” (notabene o tym samym tytule) nakręcono w miejscu, w którym bywam od czasu do czasu i które lubię. Były to Pilchowice oraz Lwówek Śląski. Ot taka turystyczno-filmowa ciekawostka. Dodam, iż serial jeszcze przede mną, ale kto wie… być może się skuszę.

Głównym bohaterem „Wzgórza psów” jest Mikołaj – młody pisarz po przejściach, który do niedawna prowadził typowo rock’n’roll’owy tryb życia. Ponieważ to dorosłe życie przerosło go, postanawia wrócić do rodzinnego Zyborka, do ojca. Ten powrót traktuje oczywiście tymczasowo, jako zło konieczne bądź też mniejsze zło, czy też ostatnią deskę ratunku. Towarzyszy mu żona – Justyna.

Na miejscu odżyły wspomnienia, odżyły dawne rodzinne konflikty oraz obraz pewnego tragicznego wydarzenia z wczesnej młodości, które – jak się okazało – miało ogromny wpływ na obecny kształt życia Mikołaja. Poza tym, okazało się, że prowincjonalne mazurskie miasteczko stało się kolebką miejscowej gangsterki, która wprowadza tam swoje rządy. Jednak, na szczęście dla mieszkańców Zyborka, jest ktoś, kto chce walczyć o swoją małą ojczyznę. Książka określana jest jako thriller i częściowo owszem skłaniam się ku tej kategorii – szczególnie jeśli mówimy o zakończeniu powieści, które bardzo trzymało w napięciu, a akcja była szybka, dynamiczna, brutalna i zaskakująca. Szczególnie w zestawieniu z wcześniejszymi rozdziałami. Gdyby autor trzymał taki poziom od początku z pewnością skończyłabym tę powieść po kilku dniach, a tymczasem towarzyszyła mi – o zgrozo! – ponad miesiąc! A to niestety, przynajmniej w moim przypadku, o czymś świadczy. Niestety, przez niektóre rozdziały trzeba było brnąć i w momencie, kiedy ciekawość zaczynała być chociaż trochę bardziej pobudzona, następował zwrot akcji, który raczej nużył zamiast pobudzić.

Fabuła prowadzona była na kilku płaszczyznach czasowych, które przeplatały się czasem płynnie, czasem bardziej wyraźnie. Narracja dotyczyła aktualnych wydarzeń w Zyborku. Poza tym pojawiały się wspomnienia Mikołaja, dotyczące niedawnych lat w Warszawie po tym jak odniósł sukces oraz dawnej historii z czasów szkoły średniej – przed i w trakcie dramatycznego wydarzenia, które do dziś odbija się echem. Wplecionych jest jeszcze kilka wątków – powiedzmy dość zaprzeszłych – które wg mnie można było całkiem pominąć. W moim odczuciu służyły tylko jeszcze większemu wyhamowaniu akcji. Ogólnie, kompozycję określiłabym jako spory misz-masz.

Zaletą fabuły, poza dość mocno rozciągniętym tajemniczym wątkiem głównym, jest ukazanie bardzo bogatego obrazu lokalnej społeczności. Podoba mi się tendencja w literaturze, by pokazywać również różne strony prowincji – te jasne i te ciemne. Jej zwykłą i niezwykłą codzienność. Bardzo ciekawe i zróżnicowane postaci, nadające specyficznego kolorytu historii. I przyznam, że po tym miesiącu jaki spędziłam na kartach książki w Zyborku, w pewnym sensie będę tęsknić za tą miejscówką.

Książka w gruncie rzeczy interesująca, chociaż bardzo nierówna. Opowieść o zemście, sprawiedliwości – może tej jednej najprawdziwszej jaka istnieje – i walce o nią. Opowieść o walce o swoje przekonania, swoje miejsce i o czyste sumienie. Thriller z wątkami psychologiczno-kryminalnymi. Polecam miłośnikom autora oraz wytrwałym czytelnikom.

piątek, 21 lutego 2025

„Sekretna historia pana White’a” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 0.8)
Seria: Uniwersum Reina Roja
Tytuł oryginału: La historia secreta del Señor White
Data wydania: 2024-08-14
Liczba stron: 112
ISBN: 9788383304601

Niesiona na fali emocji, które towarzyszyły lekturze „Pacjenta”, postanowiłam sięgnąć od razu po „Sekretną historię pana White’a”, którą przeczytałam w niecałą godzinkę… Widziałam, że to cienka książeczka, ale tym razem Jurado „przegiął”. Te kilka rozdziałów można było spokojnie dodać do innej powieści – chyba najbardziej pasowałaby do „Pacjenta” lub rozbudować do pełnowymiarowej książki. Potencjał był, zabrakło chęci?

Autor podkreślał kilkukrotnie, że od piętnastu lat tworzył projekt uniwersum, na które składało się kilka powieści, w tym dwie trylogie. To co łączy te wszystkie historie to dwie przeciwstawne – skrajnie różne postacie: Antonia Scott i Mr. White. O ile tę pierwszą czytelnicy mieli okazję poznać dość dokładnie, to pan White ciągle pozostawał bardzo tajemniczy. Tym razem czytelnicy odkryją trochę więcej faktów zarówno z dzieciństwa jak i z młodości tego czarnego charakteru. Czy uda się dzięki temu zrozumieć co nim kieruje – to już zupełnie inne pytanie. Trochę dokładniej opisane zostaną również wątki z „Pacjenta”. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że ta książka – lub raczej to opowiadanie, pozostawia ogromny niedosyt.

Rozdziały dotyczące kolejnych etapów życia lub istotnych wydarzeń spisane są bardzo zwięźle lub wręcz oszczędnie. Jakby były tylko szkicem lub notatką do jakiegoś większego projektu. Owszem – zawierają konkret, jednak biorąc pod uwagę inne powieści autora pojawia się zawód, rozczarowanie i niedowierzanie. Tak jakby decyzja o obecnej formie książki powstała poza autorem. Może i tak było… Gdyby to był „bonus” do „Pacjenta” mogłoby być nawet miło. Niemniej jednak polecam miłośnikom twórczości Juana Gomez-Jurado i zalecam czytać od razu po wspomnianej wyżej powieści.

środa, 19 lutego 2025

„Pacjent” – Juan Gómez-Jurado

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Cykl: Antonia Scott (tom 0.75)
Seria: Uniwersum Reina Roja
Tytuł oryginału: El Paciente
Data wydania: 2024-08-14
Liczba stron: 528
ISBN: 9788383303147

Nierzadko zdarza się, że twórcy (reżyserzy, pisarze…) na fali sukcesu swojego dzieła zastanawiają się, jakby tu odciąć jeszcze trochę kuponów. Kontynuacja serii? Oczywiście! Ale gdy uśmierci się głównych bohaterów lub definitywnie zakończy główne wątki? Wtedy przeważnie akcja przenosi się w przeszłość i powstaje kolejna część np. z numerem 1/2. W przypadku książki Juana Gomeza mamy do czynienia z częścią 0,75 serii Czerwonej Królowej i cyklu Antonii Scott – chociaż jedyną postacią, która łączy wcześniej napisaną trylogię jest osoba Mr. White’a.

„Pacjent” to thriller medyczno-polityczny, którego akcja rozgrywa się w ciągu 63 godzin. Tyle wystarczy, by względnie spokojne i uporządkowane życie niesamowicie zdolnego neurochirurga runęło w gruzach. Niestety, jego wyjątkowe umiejętności zwróciły uwagę demonicznego Pana White’a, który postanawia wykorzystać Davida, by osiągnąć swój cel. Będzie on po prostu narzędziem, którym się posłuży w grze stworzonej na własnych zasadach. Stawką jest 25 milionów dolarów oraz życie. Życie za życie. Życie prezydenta za życie córki Davida…

Książka napisana jest głównie w formie pamiętnika, którego narratorem jest główny bohater – David. Czytelnik więc już na początku poznaje w gruncie rzeczy finał całej historii. Jednak stopniowe odkrywanie jak do niego doszło jest niezwykle zajmujące i pełne napięcia oraz kolejnych – coraz większych zastrzyków adrenaliny, które ordynuje autor czytelnikom na ponad 500 stronach. I chociaż obawiałam się trochę, czy ta książka mnie rozczaruje – szczególnie w zestawieniu z wcześniejszą trylogią i kilkoma dość negatywnymi opiniami, to po fakcie mogę stwierdzić, że była to tak samo dobra rozrywka jak wcześniej. Oczywiście, można się czepiać niuansów i szukać dziury w całym. Jednak to nadal jest bardzo dobry thriller, którego akcja mocno trzyma w napięciu.

Dużą zaletą, której Gomez-Jurado poświęca sporo miejsca, jest bardziej szczegółowe opisanie postaci Pana White’a. Czytelnik ma okazję poznać trochę faktów z przeszłości, które kształtowały tę perfidną, demoniczną i równie inteligentną co okrutną osobowość. I mimo iż są to tylko pojedyncze, dość krótkie rozdziały, to mimo wszystko można stworzyć dość pełny i spójny obraz. Teraz tym bardziej intryguje mnie książka, która czeka na półce i nosi tytuł „Sekretna historia pana White’a” – i chociaż to ledwie ponad 100 stron, to zapewne odpowie na kilka pytań. Pewnie sięgnę po nią szybciej niż myślałam.

„Pacjent” to bardzo dynamiczny thriller medyczno-polityczny, który odsłania przed czytelnikiem nie tylko tajniki pracy elitarnego szpitala i pracy neurochirurga, ale i procedury i tajniki pracy agentów Secret Service, którzy bezpośrednio są związani z najważniejszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych. Liczne wątki poboczne idealnie uzupełniają motyw główny, a zestawienie ze sobą dwóch tak skrajnie różnych charakterów wpływa na atrakcyjność fabuły. Tym razem walka dobra ze złem przybrała wyjątkową formę, która zaskoczy nawet najbardziej wybrednego czytelnika. Pozostając pod niesłabnącym urokiem twórczości pisarza, który zrobił na mnie ogromne wrażenie już przy pierwszym spotkaniu, szczerze polecam.

czwartek, 13 lutego 2025

„Nóż w sercu. Sprawa chirurga” – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło
Data wydania: 2024-11-27
Liczba stron: 352
ISBN: 9788381326001

Ałbena Grabowska przyzwyczaiła swoich czytelników do pewnego określonego typu książek, który można by określić jako powieść historyczno-obyczajową lub obyczajowo-psychologiczną. Bardzo często z wątkami medycznymi, co jest dość zrozumiałe z racji pierwszego zawodu autorki. Tym razem jednak Grabowska przygotowała prawdziwą niespodziankę, a można by nawet rzec petardę. „Nóż w sercu. Sprawa chirurga” to thriller kryminalny, pełen emocji i adrenaliny! Niepozbawiony jednak typowych dla autorki elementów.

Maja i Franek to partnerzy, ale tylko zawodowo, chociaż prywatnie bardzo się przyjaźnią. On jest jej mentorem i odkrywa przed nią tajniki pracy w policji. Ona – niesamowicie zdolna i oryginalna – co by nie powiedzieć totalnie pokręcona – osobowość. Po przerwanych studiach medycznych i muzycznych, odnalazła powołanie właśnie w policji. „Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach” – może dlatego tak dobrze się dogadują. Tym razem otrzymują pozornie banalną sprawę zabójstwa mężczyzny wskutek wbicia noża w samo serce. Policję wezwał lekarz, który miał prywatny zatarg z ofiarą. Maja i Franek muszą rozwiązać zagadkę: kto jest zabójcą i jaką rolę odegrał w tej sprawie wspomniany chirurg…

Powieści Ałbeny Grabowskiej zawsze były napisane w sposób niemalże hipnotyzujący – fabuła i styl przyciągają czytelników, zajmując ich uwagę. Tym razem do tych elementów doszły kolejne emocje, związane z bardzo szybką akcją, trzymającą w napięciu i wywołującą zarówno wypieki jak i dreszczyk. Fabuła, która zbudowana jest na tzw. „zbrodni doskonałej”, dała autorce wielkie pole do popisu. Natomiast obdarzenie aż dwójki bohaterów jej prywatnymi kwalifikacjami mocno wzbogaciło historię. Czytelnik ma wgląd nie tylko w świat policyjno-kryminalny ale i medyczny.

Ogromną zaletą książki są wyjątkowo interesujące postaci. Nie tylko głównych bohaterów, do których czytelnik czuje sympatię od samego początku, ale też ludzi z ich otoczenia. Uroczy emerytowany sędzia zawsze wspiera Franka – prywatnie i zawodowo. Traktuje go jak syna. Może dlatego, że jako gej nie miał swoich dzieci. Policjanci, niczym z najlepszej komedii, zawsze rozładują sytuację. Chirurg, który z każdym rozdziałem pokazuje zupełnie inną twarz, powodując zmianę emocji o 180 stopni. Gdy do tego dodamy tajemnice z przeszłości wszystkich bohaterów, otrzymamy wielowymiarową historię, która nie jest w najmniejszym stopniu tak banalna jak się wydawało na wspomnianym miejscu zbrodni.

Niezwykle zajmująca powieść, której dynamiczna akcja toczy się błyskawicznie. Fabuła prowadzona dwutorowo, czyli w teraźniejszości i uzasadniającej ją przeszłości, to bardzo trafny zabieg. Zaskakujące zakończenie jest tylko wisienką na torcie. Chociaż wkradła się tam pewna nieścisłość, a może to celowe? Takie książki to my lubimy! Ciekawe czy autorka pokusi się kiedyś o kontynuację przygód Franka i Majki.

piątek, 7 lutego 2025

„Samotna noc” – Charlotte Link

Wydawnictwo: Sonia Draga
Cykl: Kate Linville (tom 4)
Tytuł oryginału: Einsame Nacht
Data wydania: 2023-10-25
Data 1. wydania: 2022-09-14
Liczba stron: 480
ISBN: 9788382306095

Po bardzo długiej przerwie jaka minęła od ostatniej wydanej i przeczytanej przeze mnie książki Charlotte Link, w końcu trafiła w moje ręce czwarta część cyklu o Kate Linville pt. „Samotna noc”. Książki autorki darzę sentymentem, gdyż to one sprawiły, że w ogóle zaczęłam sięgać po sensację i kryminały, a lektura sprawiła mi autentyczną frajdę. Dodatkowo, książki Link bardzo przystępnie czyta się w oryginale. Polecam chcącym podszkolić język niemiecki.

Kate nadal mieszka w odziedziczonym po ojcu domku i nadal towarzyszy jej tylko kotka Missy. Konsekwencje błędów na służbie sprawiły, że nadal jest zaledwie sierżantką. Jej życie nadal jest dość monotonne i samotne. Nie robi jednak nic, co by zmieniło ten stan rzeczy. Bierność to jej codzienność. Jednak zmiany nadchodzą z zewnątrz i Kate nie ma na nie wpływu – bezpośrednią przełożoną policjantki zostaje Pamela Graybourne. Obie kobiety są jak dwa przeciwieństwa. Czy znajdą jednak wspólny język?

Będą mogły to sprawdzić szybciej niż przypuszczały, gdyż na poboczu świadkowie znajdują dziwnie zaparkowane auto, a w środku zasztyletowaną kobietę. Wkrótce okazuje się, że odciski znalezione w aucie pokrywają się ze śladami znalezionymi na miejscu zbrodni ponad dekadę temu. Czy uda się rozwikłać tajemniczą zagadkę z przeszłości? Z pewnością pojawiło się światełko w tunelu.

Charlotte Link pisze doskonałe thrillery i kryminały. Akcja trzyma w napięciu i intryguje. Nie sposób odłożyć tych książek na dłużej. Wielowątkowa fabuła zaskakuje. Link to mistrzyni suspensu, który wywołuje w czytelniku podziw. Idealna lektura jeśli ktoś lubi adrenalinę i mocne emocje.

Ale jej książki nie są nakierowanie tylko na dreszczyk emocji. Autorka niejako między wierszami, przy okazji, porusza wiele istotnych i aktualnych problemów społecznych. Tym razem są to: samotność, wykluczenie społeczne (ze względu na ogromną otyłość), alkoholizm i depresja. Bohaterowie powieści, których dotyczą te problemy, stają się bardziej ludzcy i realni, przez co bez wątpienia budzą sympatię czytelników, którzy niejednokrotnie mogą się z nimi utożsamiać.

„Samotna noc” to doskonała lektura, którą polecę zarówno miłośnikom thrillerów, fanom Charlotte Link jak i „świeżakom”, którzy chcą spróbować jakiejś nowości. Z niecierpliwością czekam na nową powieść autorki, zastanawiając się, z czego wynika tak znaczący spadek jej aktywności literackiej, nad czym ubolewam.

środa, 29 stycznia 2025

„Zazdrośnice” – Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova
Tytuł oryginału: Le Poison d'amour
Data wydania: 2016-02-15
Liczba stron: 144
ISBN: 9788324035366

Uwielbiam Francję i literaturę francuską. A jeżeli literatura francuska, to oczywiście Schmitt! Wprawdzie obecnie wyszedł 3. tom jego najnowszej powieści epickiej z cyklu „Podróż przez czas”, to ja sięgnęłam po starszą i mniej obszerną pozycję. Książka nietypowa w swojej budowie i fabularnie również – szczególnie jeśli autorem jest mężczyzna.

„Zazdrośnice” to opowieść o czterech przyjaciółkach – nastolatkach, które chodzą do jednej klasy szkoły średniej. Historię ich relacji poznajemy przede wszystkim poprzez ich wpisy do pamiętników, które są wzbogacone kilkoma wiadomościami, wymienianymi między sobą na komunikatorze. Anouchka, Julia, Raphaelle i Colombe znają się od zawsze. Spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, dzielą smutki i radości. Jednak pewnego dnia jedna z nich opowiada o chłopaku, w którym się zakochała. Fakt ten zaczyna powoli wpływać na relacje między dziewczynami.

Po przeczytaniu zaledwie kliku stron, najbardziej uderzyło mnie to, jak dobrze Schmitt wcielił się w rolę nastoletnich dziewczyn. Opis „babskich” problemów – zarówno ich treść jak i sposób artykułowania – brzmią jakby rzeczywiście zostały zapisane w „dziewczyńskim” pamiętniku podczas burzliwego okresu dojrzewania. To, że autor bardzo dobrze zna kobiecą psychikę można było zauważyć już w innych (wszystkich?) powieściach, ale tym razem przeszedł samego siebie.

Intrygujące są również same relacje między poszczególnymi dziewczynami. Pozorne błahostki dnia codziennego subtelnie przeobrażają się w coraz większe bariery między nimi. Aż pewnego dnia lawiny nie można już powstrzymać. Z jasnych względów nie będę tu przytaczać konkretów, by nie psuć przyjemności czytania książki, tym którzy się na to zdecydują, ale już dawno nie zaskoczył mnie tak bardzo finał jakiejś książki. W odpowiednim momencie los odkrywa przed bohaterkami i czytelnikami wszystkie karty. To jeszcze raz potwierdza, jak nieprzewidywalne i zaskakujące jest życie – także to u progu dorosłości.

„Zazdrośnice” to książka bardzo lekka w formie, ale bardzo treściwa. To historia nie tylko o przyjaźni i miłości, ale i o granicach jakie jesteśmy w stanie przekroczyć, by osiągnąć swoje cele. Szczególnie, gdy w grę wchodzi zazdrość. Ale któż nie popełniał kiedyś błędów... Tylko czy to, co się stało można tak określić? Wprawdzie nie poświęcimy zbyt wiele czasu na przeczytanie tej książki, jednak refleksja pozostanie na długo. Interesująca z pewnością dla wszystkich miłośników twórczości Schmitta, ale i dla tych ciekawskich, którzy pragną poznać i zrozumieć świat nastolatków.

sobota, 25 stycznia 2025

„Już nie żyjesz” – Krzysztof Koziołek

Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów
Data wydania: 2024-11-19
Liczba stron: 313
ISBN: 9788397187139

Krzysztof Koziołek zaskoczył ponownie! Ale o tym w swoim czasie... Najnowsza powieść – podobnie jak poprzednia książka pt. „Jej ostatnia prośba” – to literatura zaangażowana i odnoszę wrażenie, że autor bardzo dobrze poczuł się w tym gatunku „z misją”. Tym razem porusza on niestety coraz bardziej popularny, trudny i niezwykle ważny problem społeczny jakim jest mobbing. Robi to na przykładzie dwóch przypadków, jakie zdarzyły się w fikcyjnej miejscowości Żywoty Małe. Ale czy ta książka to fikcja literacka?

Stanisława Bozowska to psycholożka z ogromnym doświadczeniem i wiedzą, pracująca w lokalnej poradni. Bardzo lubi swoją pracę i bez reszty angażuje się w pomoc małym pacjentom. Podobnie zresztą wspiera swoje koleżanki. Jednak pewnego dnia – wg swojej przełożonej – za dużo uwagi poświęca nieodpowiedniej osobie, trafiając tym samym na czarna listę pani dyrektor.

Marek Zawrotny prowadzi sekcję muzyczną w Miejskim Domu Kultury. Uwielbia swoją pracę zarówno z powodu dzieci jak i muzyki. Jest jej oddany i powszechnie lubiany, a jego podopieczni odnoszą wiele sukcesów. Pewnego dnia odmawia podpisania listy poparcia dla koleżanki startującej na stanowisko dyrektora, gdyż chce być lojalny w stosunku do obecnego szefa, mając wobec niego osobisty dług wdzięczności. Szybko odczuje, że nowa przełożona to bardzo pamiętliwa i mściwa osoba, która nie daruje mu tego „afrontu”.

Od tamtych feralnych dni, dni podczas których podjęli „nieodpowiednie” decyzje, ich zawodowe i prywatne życie stało się piekłem. Brzmi dość kolokwialnie? Być może, jednak tak właśnie czuli się bohaterowie książki. Co więcej, z każdym dniem następowała eskalacja nękania podwładnych głównie przez ich zwierzchników, a pośrednio przez pozostałych współpracowników, którzy w obawie by nie zająć ich miejsca, całkowicie podporządkowywali się okrutnym dyrektorom.

Czytelnicy, którym nieobca jest twórczość Krzysztofa Koziołka, wiedzą, że autor zawsze bardzo rzetelnie przygotowuje się do pracy nad książką, a wyniki obszernego researchu zajmują o wiele, wiele więcej stron niż powieść, która finalnie powstanie. Tym razem fabuła również opiera się na faktach, mimo iż jest tak szokująca, że aż nieprawdopodobna. Biorąc pod uwagę zarówno mój światopogląd jak i konstrukcję psychiczną oraz doświadczenia, ciężko jest mi uwierzyć, że istnieją zarówno aż tak podłe kreatury jak obie dyrektorki opisywane w książce, jak i na tyle bierne ofiary ich perfidnych prześladowań, które zostały pozostawione praktycznie same sobie, bez konkretnego wsparcia, w tej sytuacji (pozornie) bez wyjścia. Oczywiście rozumiem, że autor chciał napisać mocną książkę, by podkreślić wagę i istotę problemu, a tym samym budując fabułę dokonał zapewne kompilacji najbardziej skrajnych przypadków i obdarzył nimi zaledwie dwójkę bohaterów. Jednak brakuje mi tu mimo wszystko trochę równowagi. Tak, by chociaż trochę zbalansować okrucieństwo, jakiego każdego dnia doświadczali Marek i Stasia.

A może celem autora było wywołanie w czytelniku takich uczuć, jakie wypełniały codzienność bohaterów powieści? I przyznam, że pierwszy raz czytanie książki nie było dla mnie przyjemną rozrywką (a tą jest dla mnie nawet czytanie trzymających w napięciu thrillerów). Lekturze towarzyszyło napięcie, wzburzenie i złość – złość na bohaterów i ich postawy. Tak jednostajne i niezmienne. Złość na ogarniającą znieczulicę, brak odwagi cywilnej i ciche przyzwolenie na tak prostackie okrucieństwo. I to było dla mnie najbardziej zaskakujące – jak najszybciej chciałam skończyć czytać, by mieć tę historię za sobą. Niestety, po przeczytaniu ostatniej strony nie spadł kamień z serca i myślę, że czytelnicy, którzy sięgną po tę książkę, będą mieć podobny odbiór.

„Już nie żyjesz” to szokująca powieść, która z pewnością żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym. Jeśli taki był plan Krzysztofa Koziołka to zrealizował go perfekcyjnie. Obcowanie z książką nie będzie tym razem lekką i przyjemną rozrywką. Uważaj – sięgasz na własną odpowiedzialność!

P.S. Ciężko mi tym razem przyznać punktację gwiazdkową – zdecyduję się na 9 – WYBITNIE przerażająca.

piątek, 10 stycznia 2025

„Sztuka tworzenia wspomnień. Jak kreować i zapamiętywać szczęśliwe chwile” – Meik Wiking

Wydawnictwo: Insignis
Tytuł oryginału: The Art of Making Memories: How to Create and Remember Happy Moments
Data wydania: 2019-11-13
Liczba stron: 288
ISBN: 9788366360501

Któż z nas nie pragnie być szczęśliwym? Najpopularniejszym życzeniem składanym z wszelakich okazji jest właśnie życzenie szczęścia. Czym jednak jest to szczęście? Oczywiście, jest to bardzo indywidualne – dla każdego będzie to coś innego. I z pewnością każdego z nas uszczęśliwiają różne rzeczy – czasem są to drobiazgi, o których zdarza się szybko zapomnieć lub przeoczyć, które uświadamiamy sobie dopiero po dłuższym zastanowieniu. Czasem coś co jest niespełnionym marzeniem i tylko wydaje się nam, że zapewni poczucie szczęścia. I chyba dlatego książka Meika Wikinga „przemówiła” do mnie z kosza w sklepie spożywczym, sprawiając, że postanowiłam ją kupić (w wyjątkowo promocyjnej cenie), chociaż zdecydowanie nie gustuję w poradnikach.

„Sztuka tworzenia wspomnień…” to wyjątkowo pozytywna i pogodna książka, napisana na luzie, swobodnym stylem, co sprawia, że obcuje się z nią wyjątkowo przyjemnie. Nie jest to na pewno lektura dla każdego, chociaż z drugiej strony jest ona wyjątkowo uniwersalna. Myślę, że powinien po nią sięgnąć ten, kto tak jak ja, poczuje to. Nie ukrywam zresztą, że po zakupie książka przeczekała trochę na półce.

Autor książki, uznawany przez wielu za najszczęśliwszego człowieka na świecie, gdyż to on w 2013 roku założył w Kopenhadze pierwszy na świecie Instytut Badań nad Szczęściem, zarówno na podstawie prowadzonych przez siebie badań jak i doświadczeń w intrygujący sposób przedstawia korelację między ludzką pamięcią, wspomnieniami i szczęściem. Radzi także, co zrobić by te szczęśliwe chwile pamiętać przez długie lata i by dawały nam także po czasie błogie i przyjemne uczucie. Gdyby się nad tym zastanowić, chyba większość logicznie myślących ludzi doszłaby do podobnych wniosków, jednak „słuchanie” (czytanie) opowieści Wikinga ma w sobie coś magicznego i relaksującego.

Książka, która idealnie nadaje się na prezent, wraz z życzeniami „dużo szczęścia”. W takim zestawieniu na pewno nabiorą innego znaczenia. Książka, którą warto przeczytać i zapamiętać, by móc mnożyć szczęście. Książka, która sprawia, że ma się ochotę sięgnąć po kolejne pozycje autora. I czuję, że prędzej czy później „Hygge” lub/i „Lykke” – tak to ten autor – staną na moim regale.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

„Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki” – Giampiero Ambrosi, Tony Tetro

Wydawnictwo: Znak Literanova
Tytuł oryginału: Con/Artist: The Life and Crimes of the World's Greatest Art Forger
Data wydania: 2024-03-25
Liczba stron: 304
ISBN: 9788324096206

Malarstwo, obok teatru i muzyki, to moja ulubiona dziedzina sztuki. Chętnie sięgam po książki opisujące zarówno życie jak i twórczość malarzy. Dlatego też książka „Być jak Caravaggio” zaintrygowała mnie. Wprawdzie opisuje dość specyficznego artystę, a mianowicie fałszerza dzieł sztuki, jednak udowodnił on nie raz, że to co tworzył zasługiwało na miano dzieł sztuki, a nie było tylko tanią podróbką, jak by się mogło większości w pierwszym momencie wydawać.

Książka to wspomnienia Tonego Tetro, pisane przez niego w pierwszej osobie. Jednak w pracy nad książką wspomógł go dziennikarz śledczy, który pracował nad pewną aferą związaną z obrazami fałszerza i osobami z pierwszych stron gazet. Tekst jest jednak spójny i nawet jeśli Ambrosi ma tu jakiś wkład, to czytelnik odnosi wrażenie, że cały czas słucha opowieści Tonego, a te są niezwykle zajmujące.

Tony Tetro to syn włoskich imigrantów, który wprawdzie urodził się już w Stanach Zjednoczonych, ale przez całe dzieciństwo i wczesną młodość przebywał głównie w otoczeniu podobnych do jego rodzin, które przyjechały do Ameryki, by spełnić swój wielki sen. Jak każdy miał marzenia, chciał więcej, ale codzienność nie ułatwiała mu ich realizacji. Pewnego dnia jednak postanowił postawić wszystko na jedną kartę i wyjechać do wielkiego świata. Tam – przez kolejny przypadek – postanowił wykorzystać swoje zdolności plastyczne i zarobić trochę więcej. Nie mógł uwierzyć, że jego plan działa. Jak długo miała trwać jego dobra passa, dowiecie się sięgając po tę książkę.

Książka jest absolutnie zaskakująca i aż trudno uwierzyć, że to nie jest fikcja literacka. Otwiera też oczy „laikom”, którzy mają stereotypowe pojęcie na temat fałszowania obrazów. Tony (i mu podobni, jeśli tacy w ogóle istnieli) to prawdziwy artysta, który właściwie tworzył całkiem nowe dzieła i to ze skrajnie różnych gatunków. Gdy dodamy do tego fakt, że był totalnym samoukiem bez szkół, a swoje umiejętności opierał jedynie na książkach i obserwacjach obrazów w galeriach, to jego osoba może budzić jedynie zachwyt i podziw. W ogóle postać Tonego Tetro przedstawiona w książce wzbudza same pozytywne odczucia – to taki sympatyczny gość, którego nie można nie lubić. Czy to tylko chwyt marketingowy? Wątpię…

Nie chciałabym zdradzać więcej tajników dotyczących działalności bohatera, by nie zepsuć potencjalnym czytelnikom przyjemności odkrywania historii. „Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki” to beletryzowana biografia, pisana w pierwszej osobie, w formie wspomnień i opowieści. Styl lekki, przyjemny i chwytliwy, co w połączeniu z intrygującą treścią sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko. Dodatkowym atutem jest ogrom ciekawostek na temat malarstwa i twórczości wielu znanych malarzy, których „kopiował” Tetro. Polecam – książka inna niż wszystkie.


piątek, 22 listopada 2024

„Topiel” – Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 2020-06-03
Liczba stron: 384
ISBN: 9788366500280

Ze względu na dość sporą kolejkę książek oczekujących na mojej półce na przeczytanie, sporadycznie sięgam po zupełnie nowych autorów i przypadkowe tytuły. Wyjątek stanowi bardzo zachęcający opis fabuły i tak właśnie było w tym przypadku. Na decyzję, by kupić „Topiel” miały z pewnością wpływ także ostatnie tragiczne zdarzenia związane z tegoroczną powodzią. Bo właśnie powódź – tylko z 1997 roku – jest tłem do fabuły. Wprawdzie – jak zastrzega autor – nie jest to historia na faktach, ale nie wierzę, że tak całkowicie jest to fikcja literacka. Tym bardziej, że Głuchołazy, w których dzieje się opisana historia, to rodzinne miasto autora, a tragedia z lipca 1997 mocno odcisnęła na nim piętno.

„Topiel” to przede wszystkim opowieść o przełomowych wakacjach w życiu czwórki nastoletnich chłopców – Darka, Kacpra, Grześka i Józka, którzy stoją u progu dorosłości. Jest lipiec – lato w pełni. Żaden z nich nie przypuszczał, że wieczorne przygody z dreszczykiem, które i tak były mocno emocjonujące, przerwie coś, co dostarczy im jeszcze więcej adrenaliny i wrażeń – nie zawsze jednak pozytywnych. 6 lipca 1997 r. zaczął podnosić się znacząco i błyskawicznie poziom wody w rzece, czego skutkiem okazała się niszczycielska powódź. Te wakacje dały chłopakom coś zupełnie innego niż luz i beztroska – otrzymali przyspieszony kurs dojrzewania. Czy zakończy się on pozytywie zdanym „egzaminem”?

„Topiel” to powieść bardzo zaskakująca. Początkowa „przygodówka” ewoluuje i zmienia się w sensację i kryminał, a emocje towarzyszące czytaniu znam raczej z lektury thrillerów! Nie chcę zdradzać fabuły, by nie pozbawić przyszłych czytelników przyjemności jej odkrywania, ale pojawienie się w takich okolicznościach , było ostatnim czego się spodziewałam.

I chociaż autor twierdzi, że to nie miała być oparta na faktach książka historyczna, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest to – obok sensacji osadzonej w zalanych Głuchołazach – także relacja z tamtych trudnych dni. Opisy skutków niszczycielskiego żywiołu oraz solidarnej walki mieszkańców z nim sprawiają, że czytelnik ma dokładny wgląd w realia towarzyszące powodzi stulecia tuż przy granicy polsko-czeskiej.

Poza wszystkim, miło było cofnąć się w czasie i wrócić wspomnieniami do realiów lat 90-tych. Będzie to z pewnością plus dla czytelników-rówieśników autora. Lubię, kiedy pisarze w swoich książkach tak wiernie opisują także tło historyczne i taką zwykłą codzienność bohaterów. Fabuła zyskuje wtedy na realności.

Polecam przede wszystkim jako „dokument” tamtego zdarzenia, by móc skonfrontować go z bieżącymi zdarzeniami. Miłośnicy trzymającej w napięciu prozy również będą zadowoleni. Ćwieka dołączam do listy autorów, którym warto się przyjrzeć.

poniedziałek, 11 listopada 2024

„Nim dojrzeją maliny” – Eugenia Kuzniecowa

Wydawnictwo: Znak
Tytuł oryginału: Спитайте Мієчку
Data wydania: 2023-01-30
Liczba stron: 304
ISBN: 9788324065820

„Nim dojrzeją maliny” to książka zdecydowanie nietypowa i wyjątkowa. Kilka miesięcy temu zobaczyłam jej opis na jakimś portalu książkowym i zapragnęłam ją przeczytać. Jednak musiała odczekać swoje zanim po nią sięgnęłam. Minęło też sporo czasu zanim zdecydowałam się przeczytać jej ostatni rozdział. „Nim dojrzeją maliny” to powieść do niespiesznego czytania. Historia, którą bardzo chce się poznać do końca, jednak chce się z nią również obcować każdego dnia – co dzień… chociaż trochę. Ta książka może albo oczarować albo całkowicie rozczarować. Nie ma półśrodków.

Powieść Eugeni Kuzniecowej to opowieść o kobietach z jednej rodziny. Panie od lat zdecydowanie grają tu pierwsze skrzypce, a mężczyźni niejako przemykają w tle. Przebywają w ich towarzystwie i „znikają”. Nestorka rodu – babcia Teodora, mieszka pośrodku lasu w domu, który staje się oazą i kryjówką dla tych, które akurat tego potrzebują. Jedne zostają tam dłużej, inne krócej, czasem być może na zawsze? Jednak bez względu na wszystko, ten dom je przyciąga jak magnes. Wracają i wiedzą, że czują się tam jak u siebie.

Tym razem do ukochanej babci przyjeżdżają siostry Lila i Mijeczka, ale za chwilę dołącza do nich ich kuzynka Marta, a następnie kolejne kobiety, a w końcu ich dzieci. Czasem pojawią się też mężczyźni, bo w sumie dobrze ich czasem mieć przy sobie. Każda z nich zmaga się z osobistymi dylematami lub staje przed trudnymi decyzjami. Czy pomogą sobie nawzajem?

W tej książce pozornie niewiele się dzieje. Ot, po prostu odwiedziny w domu babuni, które w końcu urastają do rangi rodzinnego zlotu. Jednak przy okazji kolejnych rozdziałów, czytelnik poznaje osobiste historie każdego z bohaterów. Ich losy zazębiają się i uzupełniają. Zarówno bohaterowie jak i czytelnicy wyciągają z nich wnioski dla siebie. Książka jest jednak całkowicie pozbawiona moralizatorskich tonów, za to bije z niej niesamowita tolerancja i akceptacja. Bohaterki wspierają się i są dla siebie – zawsze, mimo wszystko. To, w połączeniu z magiczno-sielskim, urokliwym domkiem pośrodku natury, niesamowicie przyciąga. Myślę, że chyba każdy, kto czytał „…maliny” marzy, by przenieść się tam chociaż na jedno lato.

Powieść Kuzniecowej to literatura zdecydowanie kobieca. Można by zaryzykować stwierdzenie, że traktuje o nietypowym feminizmie. Bohaterki walczą o siebie – o swoje wybory, marzenia, cele. Jednocześnie, wszystkie doceniają rolę rodziny i co się z tym wiąże również macierzyństwa. Pokrzepiające jest to, że takie rodziny istnieją. Nie ukrywam, że czasem losy rodziny babci Teodory budziły moją zazdrość. Autorka opisała ich historię niezwykle klimatycznie, tak, że nie sposób było oprzeć się pokusie, by być tam z nimi – chociaż chwilowo, poprzez kartki książki. Cóż… może uda mi się kiedyś stworzyć podobne miejsce. „Malinowy dom” zdecydowanie może być inspiracją ku temu.

„Nim dojrzeją maliny” to debiut ukraińskiej pisarki. Jestem bardzo ciekawa jej kolejnych książek. Zaskakujące, że Kuzniecowa oparła się presji, by pisać w tym czasie o wojnie rosyjsko-ukraińskiej, chociaż to oczywiście istotny temat, który również powinien mieć swoje miejsce w literaturze. Cieszę się, że zdecydowała się ukazać swój kraj i rodaków z zupełnie innej strony. Polecam!

niedziela, 6 października 2024

„Odlecieć jak najdalej” – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2024-05-14
Liczba stron: 352
ISBN:  9788383381893

Jestem dość mocno zdziwiona ostatnią powieścią Ałbeny Grabowskiej. Szczerze powiedziawszy, podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorką jest zupełnie ktoś inny. Całkowicie inny styl, narracja, bohaterowie, ich język, sama konstrukcja książki, klimat. Owszem, fajnie gdy autor zaskakuje, jednak zastanawia mnie, dlaczego ta powieść jest tak bardzo inna. Niestety, podczas czytania brak było tej lekkości, tym razem kolejne strony nie znikały w oka mgnieniu – wręcz trzeba było brnąć przez kolejne rozdziały.

Warszawa lata 60-te. Główną bohaterką książki jest nastolatka – Aleksandra, która mieszka tylko z babcią, ponieważ jej mama – ze względu na traumatyczne wydarzenia związane z powstaniem warszawskim – przebywa w Tworkach. Ojciec zginął tragicznie tuż po wojnie. Dziewczyna przygotowuje się do matury, ma plany i marzenia – czasem dość naiwne, jak to w tym wieku. Ponieważ sytuacja jest dość ciężka, zarówno Ola jak i babcia dorabiają sobie szyjąc i przerabiając stroje. Żyją dniem codziennym. Dziewczyna przeżywa w końcu pierwszą wielką miłość, a zarazem rozczarowanie. I cały czas marzy – marzy by wyrwać się z tego kraju, by wyjechać za granicę. Żadna z kobiet nie zdaje sobie sprawy, że są obserwowane przez tajnego współpracownika Czyżyka. Komu i dlaczego donosi ta „życzliwa” z najbliższego otoczenia?

Wielką zaletą książki jest bez wątpienia tematyka – bardziej współczesna niż tak bardzo popularne lata drugiej wojny światowej, które to – przynajmniej mi – trochę się już „oczytały”. Dobrze iść o „krok” dalej. Czasy powojenne – jak każdy okres – posiadają potencjał, jednak ciągle niewykorzystany przez współczesnych autorów. Tym razem Grabowska opisuje lata 60-te. Przybliża czytelnikowi realia tamtych lat – zwykłą, szarą i ciężką codzienność. Społeczeństwo, które za plecami nadal odczuwa tragizm powstania, musi zmagać się z nowym porządkiem. Ten trud i znój jest bardzo dobrze wyczuwalny w trakcie lektury. Natomiast fragmenty dotyczące donosów TW Czyżyka uświadamiają, w jakim napięciu żyli wówczas ludzie. Praktycznie, nikt nie mógł czuć się całkiem swobodny – nawet w domu, bo przecież nawet „ściany mają uszy”. Potworne i frustrujące doświadczenia.

Bardzo wielkim zaskoczeniem okazały się tym razem postaci. Zdarzyło mi się to pierwszy raz, ale żaden z bohaterów nie budził mojej jednoznacznej sympatii. Owszem, posiadali oni również pozytywne cechy, jednak antypatyczne zdecydowanie je przysłaniały. I tak mamy: pracowitą, chociaż zarozumiałą Aleksandrę; poczciwą, chociaż stetryczałą i patrzącą wybiórczo babkę; Janka – niby chłopaka idealnego, który jednak okazuje się być wygodnym i chętnie korzystającym z protekcji cwaniaczkiem; jego nowobogacką i wręcz prymitywną matkę, która nie sięga dalej niż czubek własnego nosa – no może jeszcze nosa swojego syneczka. Każda z postaci (nawet te drugoplanowe czy epizodyczne) posiada całą gamę cech negatywnych. Pierwszy raz nie byłam w stanie kibicować bohaterom i trzymać za nich kciuki. Dość męczące odczucie.

Jeśli chodzi o fabułę, to owszem, autorka miała ciekawy pomysł. Historia rodziny Oli i tym samym jej jest intrygująca. Jednak sama realizacja jakby autorce tym razem nie wyszła. Język, którym mówili bohaterowie nękał i dręczył. To nie było przyjemne czytanie, tak jak zawsze w przypadku książek Grabowskiej. Zatracenie się w historii było wręcz niemożliwe. Jednocześnie fabuła opisana dość pobieżnie, trochę po łebkach – na zasadzie dość rzeczowej relacji.

Zakończenie otwarte – czytelnik może je sobie zinterpretować jak chce. Ten zabieg daje możliwości kontynuacji, jednak mam nadzieję, że autorka nie skorzysta z tego i da sobie spokój z tego typu „nowościami”. Ze względu na tło historyczne i inne niż zawsze realia polecam, ale radzę uzbroić się w cierpliwość i zacisnąć zęby. Niemniej jednak nie żałuję lektury, bo jest to przynajmniej „JAKAŚ” książka i wywołuje emocje, a że raczej negatywne to już insza inszość.

poniedziałek, 23 września 2024

„Brama do nieba” – Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Podróż przez czas (tom 2)
Tytuł oryginału: La Porte du ciel
Data wydania: 2023-10-02
Liczba stron: 496
ISBN: 9788324096466

Cykl „Podróż przez czas” to dość specyficzne dzieło Schmitta. Zupełnie inne niż jego pozostałe utwory. Zazwyczaj przez jego prozę „przelatuję” z prędkością światła – ani się obejrzę, a czytam już ostatnią stronę książki. Przez kolejne części serii podróżuje się, poświęcając dużo czasu – nieśpiesznie, z refleksją, z zadumą. Tytuł jak najbardziej trafny. I wydaje mi się, że odzwierciedla pracę, jaką autor włożył w jego tworzenie. Przypomnę, że pisał ten cykl 30 lat.

„Brama do nieba” rozpoczyna się tajemniczą sceną w jaskini. Noam budzi się z długiego snu, nie wie jak trafił do tego miejsca, nie wie jaki jest rok. I nie rozumie dlaczego jeszcze żyje. Na szczęście wkrótce pojawia się ukochana Nura i wiele pytań znajduje swoją odpowiedź. Oboje sądzą, że teraz będzie już tylko dobrze, że zostaną razem mimo obiektywnych trudności. Jednak, pewnego dnia Nura znika. Noam nie może pogodzić się z faktem, że nie udało mu się obronić ukochanej przed porwaniem. Postanawia, że znajdzie ją za wszelką cenę. Poszukiwania okazują się jednak niezwykle żmudne. Po sześciu latach mężczyzna trafia do Babelu. Zaskoczony, uświadamia sobie, że znalazł tutaj kogoś zupełnie innego. Kogoś, kogo wolałby nigdy więcej nie zobaczyć…

Chociaż historia Noama intryguje i trzyma w napięciu, podobnie jak w pierwszym tomie, to fabułę spowalniają w pewnym sensie liczne przypisy, dotyczące aktualnych wydarzeń historycznych, nierzadko zajmujące na stronie więcej miejsca niż główny tekst. Przyznam, że niestety było to dość irytujące, gdyż te przypisy były w większość przypadków dość chaotyczne. Poza tym odnoszę wrażenie, że Schmitt w „Bramie do nieba” bardziej skupił się na starożytnych wydarzeniach związanych z budową Wieży Babel oraz historią Abrahama niż na głównych bohaterach. Chyba, że był to celowy zabieg – by czytelnik mógł bardziej się wczuć w położenie Noama, któremu ukochana kobieta cały czas regularnie gdzieś umyka, podobnie jak szczęście i spełnienie.

Paradoksalnie – w zestawieniu z bieżącymi wydarzeniami – przerywniki między rozdziałami, opisujące czasy współczesne i dość dramatyczne wydarzenia, dawały przyjemne odprężenie. Skoro Noam dotrwał do współczesności… Podobnie, wyciągając wnioski z obszerności dwóch pierwszych tomów, można przypuszczać, że cykl będzie obejmował jeszcze kilka części. Pod warunkiem, że Schmitt nie zmieni koncepcji.

Czasy starożytne nigdy nie były okresem historycznym, który by mnie fascynował. Może z tego powodu „Brama do nieba” nie oczarowała mnie tak jak pierwsza część cyklu. Oczywiście, jestem niesamowicie zaciekawiona jak potoczą się dalsze losy Noama i Nury. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną część. Na podziw zasługuje pomysł jaki przyświeca temu monumentalnemu dziełu (mam na myśli całość – cały cykl). Połączenie wydarzeń historycznych z fikcyjnymi zdarzeniami i postaciami na tak długim odcinku czasu wymaga nie lada wiedzy, fantazji i umiejętności. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie dzieło życia Schmitta, czyli ostatnie, które będą mieli okazję przeczytać jego miłośnicy…

środa, 18 września 2024

„Madame Pylinska i sekret Chopina” – Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova
Seria: Cykl o Niewidzialnym
Tytuł oryginału: Madame Pylinska et le secret de Chopin
Data wydania: 2019-02-25
Data 1. wydania: 2018-03-28
Liczba stron: 96
ISBN: 9788324048533

Schmitt należy do grona pisarzy, których twórczość chciałabym poznać kompleksowo. Kwestią czasu było więc sięgnięcie po tę niewielką objętościowo historię o odwrotnie proporcjonalnym do grubości przesłaniu. Powodem przeczytania właśnie teraz tej książki jest spektakl pt. „Pani Pylińska i sekret Chopina”, który odbędzie się dzisiaj w sulechowskim Domu Kultury i na który oczywiście się wybieram. Dodam jeszcze, że mocno zaskoczyła mnie dostępność (lub raczej niedostępność) książki Schmitta. Ciekawe z czego wynika tak niewielki nakład.

„Madame Pylińska i sekret Chopina” to bardzo osobista historia, w której pisarz opisuje swoją fascynację muzyką Chopina. A jak powszechnie wiadomo, teatr i muzyka odgrywają prawie równą rolę w życiu Schmitta co literatura. W tej autobiograficznej mini-powieści przeczytamy o momencie, który odczarował „intruza” zajmującego salon w domu Schmittów i sprawił, że mały Eric zapragnął grać na fortepianie. Przeczytamy o kolejnej kobiecie, która otworzyła przed nim magiczny świat muzyki polskiego kompozytora. Czytelnik będzie mieć również okazję, by podpatrzeć niezwykle oryginalne, ale jakże skuteczne lekcje gry na fortepianie. Które – jak się okaże – uczyły o wiele więcej niż „tylko” gry na instrumencie.

Bez zbędnych słów – absolutny konkret w niezwykle subtelnym i otulającym stylu Schmitta. Powieść urocza, magiczna, eteryczna, która niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny. Polecam czytać przy muzyce Chopina (chociażby znalezionej na YT). Tworzy się wtedy wyjątkowy klimat, co tylko podbija fabułę. Jestem niezwykle ciekawa, jak po tej lekturze odbiorę dzisiejszy spektakl teatralny. Cóż… Schmitt zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


Jestem świeżo po obejrzeniu spektaklu „Pani Pylińska i sekret Chopina”, którym jestem zachwycona chyba nawet bardziej niż książką Schmitta. Chociaż, gdyby nie proza Schmitta, pewnie nie byłoby takiego efektu. Genialnym posunięciem było właczenie do spektaklu muzyki na żywo. Utwory Chopina i Liszta wykonała Lena Ledoff nadając przedstawieniu wyjątkowego klimatu. Joanna Żółkowska idelnie wpisała się w rolę ekscentrycznej pani Pylińskiej. Wprawdzie Kacper Kuszewski wizualnie nie przypomina Ericha-Emmanuela jednak poradził sobie z rolą. Jestem zaszczycona, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu organizowany przez Slechowski Dom Kultury w ramach Festiwalu Muzyki Fryderyka Chopina.