Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z historią w tle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z historią w tle. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

„Schronisko, które zostało zapomniane” – Sławek Gortych

Wydawnictwo: W.A.B. 
Cykl: Karkonoska seria kryminalna (tom 4)
Data wydania:  2025-06-18 
Liczba stron: 416 
ISBN: 9788383878720

Niestety, harmonogram zajęć mam dość napięty, więc mogę sobie pozwolić tylko na książkowe wycieczki w okolicę mojej ulubionej Śnieżki. I właśnie wróciłam z „wycieczki” do Karpacza, na którą zabrał mnie Sławek Gortych. Jak zawsze niezapomniane przeżycia i jak zawsze mam ogromną ochotę, by pojechać tam naprawdę i poprzebywać w towarzystwie Ducha Gór – chociaż jeden dzień.

Czwarta część cyklu o karkonoskich schroniskach różni się trochę od poprzednich tomów, gdyż główną rolę odgrywa tu jednak historyczny hotel Sanssouci, znajdujący się w granicach miasta, a nie górskie schronisko. Chociaż te, także są wspominane i w pewnym sensie wykorzystane jako miejsce akcji. Wspomniany hotel poszczycić się może bardzo bogatą lecz wstydliwą przeszłością. Był bowiem siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych III Rzeszy, a w książce miejscem zorganizowania konferencji dla dyplomatów, którzy debatowali na temat ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. I właśnie spotkanie 3.04.1944 roku w zaśnieżonym, niezwykle urokliwym i dużo spokojniejszym niż Berlin Karpaczu jest punktem wyjścia do fabuły powieści, która docelowo przeniesie się w czasy współczesne, kiedy to podczas remontu zabytkowego hotelu dojdzie do pewnego odkrycia.

Gdy przypomnimy sobie perypetie Tomka Wilczura z poprzedniej części cyklu, możemy się spodziewać, że ponownie akcja będzie toczyła się dość dramatycznie. Emocjonujące wydarzenia będą łączyć się z kolejnym bohaterem, którego już znamy – czyli z Jackiem Węglorzem, który wplątał się w niemałą aferę. Na szczęście przyjaciele nie zwątpią w jego niewinność i staną na wysokości zadania. Poza tym pojawią się nowe postacie, które sporo – kolokwialnie mówiąc – namieszają w przeszłości dalszej, bliższej i teraźniejszości.

Autor nie tylko opisuje intrygujące historie z dreszczykiem, ale i odkrywa przed czytelnikami wiele historycznych ciekawostek, które są wręcz niewiarygodne i zaskakujące. Cała historia hotelu Sanssouci – zarówno związana z samymi murami jak i z postaciami, które tam bywały na przestrzeni lat, jest tak niesamowita, że ma się ochotę sięgnąć po literaturę faktu, by poznać więcej konkretów. Wprawdzie w posłowiu Autor sporo wyjaśnia, jednak dociekliwi pewnie będą chcieli doczytać co nieco na ten temat. Swoją drogą, ciekawe czy obiekt w końcu zacznie normalnie funkcjonować i w jakiej formie.

Dla miłośników serii o karkonoskich schroniskach dobra wiadomość. Trwają prace nad piątym tomem. A na spotkaniu autorskim Sławek Gortych wspominał, że toczy również rozmowy na temat ekranizacji swojej książki. Ma nawet zamiar zagrać w niej małą rólkę. Ciekawe kim będzie. Jeśli fabuła miałaby się ograniczyć tylko do tej części, widzę go jak Helmuta Langa…

Oczywiście polecam i oczywiście czekam na kontynuację.

niedziela, 14 grudnia 2025

„Kolaborantka” – Barbara Wysoczańska

Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2025-05-21 
Liczba stron: 608 
ISBN: 9788384022436

Barbara Wysoczańska przechodzi obecnie bardzo produktywny okres twórczy. Niecałe pół roku dzieli wydanie dwóch ostatnich książek, co z pewnością cieszy fanów pisarki. Kolejnej pisarki-historyczki, więc naturalną konsekwencją jej drogi zawodowej jest fakt, iż gatunkiem, w którym czuje się najlepiej jest beletryzowana powieść historyczna. Wysoczańska debiutowała opowieścią z czasów drugiej wojny światowej i ponownie wróciła do tej tematyki, jednak jak zawsze przedstawiła oryginalny i odmienny od wcześniejszych punkt widzenia. I chociaż zdawać by się mogło, że tytuł sporo sugeruje, to tradycyjnie czytelników czekają „niespodzianki”.

Tytułową bohaterką książki jest młoda dziewczyna z dobrego domu o imieniu Stefania, którą poznajemy w momencie, gdy – w poszukiwaniu swojej biologicznej matki – samotnie przyjeżdża do Krakowa. Okazuje się jednak, że wielkie miasto przerasta panienkę z prowincji i ta popada w potężne tarapaty, z których ratuje ją inteligentny i przystojny Adam. W momencie poznania, żadne z nich nie mogło nawet przypuszczać, iż był to moment przełomowy w ich życiu. Gdy po latach spotykają się w zupełnie innych okolicznościach i innym miejscu, mimo iż są zupełnie innymi ludźmi, uczucie odżywa ze spotęgowaną siłą. I tak mogłoby się zacząć jedno z większych romansideł literackich współczesnych czasów. Ale powiedzieć, że byłoby to bardzo niestosowne uogólnienie, to jak nic nie powiedzieć. Wtedy dopiero zaczyna się akcja – wartka, trzymająca w napięciu i pełna zwrotów!

Autorka pisze niezwykle plastycznie i sugestywnie. Niejeden raz czytelnik odnosi wrażenie jakby był w samym środku akcji i współodczuwa dokładnie to, co przeżywają bohaterowie na kartach książki. I tak było też tym razem, ale kilkukrotnie bardziej intensywnie niż dotychczas. Akcja nie tyle intryguje, co trzyma w napięciu i wręcz denerwuje lub stresuje czytelnika. Tym razem nie tylko jest bardziej emocjonująco, ale też te emocje są bardziej skrajne.

Nie możemy zapominać, że europejska historia drugiej wojny światowej odgrywa w tej książce bardzo dużą rolę. I chociaż autorka skupia się głównie na nastrojach panujących w Austrii przed wybuchem wojny oraz później w Krakowie, to powieść przedstawia bardzo dogłębny obraz całego tego tragicznego wydarzenia, szczególnie w odniesieniu do społeczeństwa żydowskiego. Jak podkreślałam wiele razy, wykształcenie i wiedza autorki bardzo wzbogacają fabułę jej książek.

„Kolaborantka” to wyjątkowa powieść o trudnych wyborach, trudnej miłości i trudnych decyzjach w trudnych czasach, które każdorazowo wiążą się z nieprzewidywalnymi konsekwencjami, które trzeba będzie ponieść. To wszystko sprawia jednak, że życie ma zupełnie inny smak i bohaterowie potrafią się nim delektować na całego, nawet gdy są to tylko krótkie momenty. Gorąco polecam.

niedziela, 7 grudnia 2025

„Coraz mniej światła” – Nino Haratischwili

Wydawnictwo: Otwarte
Tytuł oryginału: Das mangelnde Licht 
Data wydania: 2022-10-12 
Liczba stron: 768 
ISBN: 9788381352277

Myślę, że spokojnie można już mówić, iż Nino Haratischwili to prawdziwe zjawisko na współczesnym rynku literackim. Pisarka urodzona w Tibilisi, od lat mieszkająca i tworząca w Niemczech, nie zapomina o swoich korzeniach. Każda jej powieść przybliża czytelnikom ten jednak większości „nieznany i nieodkryty ląd”. Autorka, jako propagatorka kultury gruzińskiej, skupia się w swoich powieściach historycznych na ukazaniu polityczno-historyczno-geograficznych zależności między jej ojczyzną, a państwami sąsiednimi, które oczywiście miały ogromny wpływ na obywateli – relacje międzyludzkie, rozwój społeczeństwa i wybory jednostek, mające bezpośrednie przełożenie na poszczególne grupy czy nawet kasty. Mimo bardzo szczegółowej charakterystyki tych aspektów przekazuje swoją wiedzę merytoryczną o Gruzji zawsze na tle bardzo osobistej historii bohaterów. Zawsze zastanawiam się, czy nie wplata też wątków autobiograficznych. Tak bardzo dogłębnie i wręcz namacalnie przedstawia świat wewnętrzny bohaterów.

Tym razem opowiada o przyjaźni czterech kobiet, które poznały się jako małe dziewczynki na jednym podwórku i razem chodziły do szkoły. Dina, Nene, Ira i Keto – niczym cztery żywioły, tak diametralnie różne, jednak znajdują wspólny język i tworzą spójną całość – jeden organizm, którego poszczególne elementy się uzupełniają. Poznajemy je współcześnie podczas wystawy zdjęć jednej z nich – słynnej fotografki, która już niestety nie żyje. Impreza zorganizowana przez siostrę na część Dino jest okazją, by trzy pozostałe przyjaciółki mogły spotkać się po latach i wyjaśnić sobie pewne kwestie. Poszczególne fotografie sprawiają, że przeszłość znowu zaczyna być żywa – zarówno te dobre jak i złe chwile…

„Coraz mniej światła” to książka na jaką bardzo długo czekałam. Beletryzowana powieść historyczna to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. A mając na uwadze poprzednie przeczytane przeze mnie książki autorki, wiedziałam, iż nowa opowieść będzie niesamowitą przygodą. Fabuła intryguje już od samego początku, a akcja trzyma w napięciu. Autorka powoli rozbudza w czytelniku ciekawość. Przywiązuje czytelnika i niemalże go uzależnia od poznania kolejnych elementów tej ogromnej układanki. Mnogość postaci, ich poszczególne zależności i co się z tym wiąże kolejne wątki poboczne, tworzą bardzo skomplikowaną i misternie tkaną sieć, w którą „wpada” czytelnik. Wprawdzie, w moim odczuciu, opisywany szczegółowo okres dość wczesnej młodości bohaterek bywał chwilami dość nużący, jednak już ich późniejsze przeżycia sprawiają, że tej książki nie da się odłożyć na później. Kolejne setki (stron) znikają w błyskawicznym tempie.

Jak już wspomniałam, historia jest integralną częścią fabuły i nie da się ani na chwilę zapomnieć, że jest to opowieść o gruzińskich przyjaciółkach, z konkretnej społeczności i umiejscowiona w bardzo burzliwym okresie. Jednak autorka porusza również bardzo uniwersalne tematy, takie jak: marzenia o lepszej przyszłości, lepszym życiu i oczywiście o miłości. Nie można zapomnieć, że bohaterki to przede wszystkim kobiety i to o bardzo silnych charakterach i bardzo zróżnicowanych, ale mocnych osobowościach. I muszę przyznać, że ta część książki, która opowiadała o ich dorastaniu i przemianie z dziewcząt w kobiety, która w dużym stopniu dotyczyła ich życia uczuciowego, najbardziej przypadła mi do gustu.

„Coraz mniej światła” to epicka powieść historyczna, którą polecam miłośnikom gatunku oraz twórczości Nino Haratischwili. To niesamowite przeżycie wejść chociaż na trochę w tak osobisty świat autorki i pobyć tam, doświadczając tego co ona na przestrzeni lat. Nie ukrywam, że ta kolejna jej powieść znowu sprawiła, że mocniej poczułam potrzebę, by odwiedzić Gruzję, a te rejony dość mocne mnie fascynują. Jestem niesamowicie ciekawa, jaka będzie kolejna książka Haratischwili. Zazdroszczę tym czytelnikom, którzy „Coraz mniej światła” biorą pierwszy raz do ręki.


piątek, 17 października 2025

„Antykwariat cudzych wspomnień” – Weronika Wierzchowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2024-01-16 
Liczba stron: 408 
ISBN: 9788383521701

Czasami sięgam po książki nieznanych autorów, bo po prostu coś mnie do nich przyciąga. W tym wypadku była to obłędnie kolorowa okładka oraz tytuł. Zachęcona do przeczytania okładkowego opisu, poczułam, że chcę kupić tę książkę – mimo, że na półce czeka cała masa innych. Muszę stwierdzić, że powieść jest bardzo zaskakująca i mocno przewyższa „reklamę”.

Antykwariat to rodzinna firma prowadzona od trzech pokoleń. Założycielem był dziadek Teofil, po nim odziedziczyła go córka Anna, która z kolei zostawiła go swojej córce Agnieszce i to właśnie ona jest główną bohaterką książki. Bohaterkę poznajemy na różnych etapach życia, począwszy od bardzo wczesnego dzieciństwa. Każdy opisywany epizod z jej życia wiąże się bezpośrednio z cennym dla niej przedmiotem z przeszłości. Nierzadko są to prawdziwe antyki, jednak dla Agnieszki mają przede wszystkim wartość sentymentalną, gdyż wiążą się z różnymi bliskimi jej osobami lub wydarzeniami. I tak przy okazji „obcowania” z nimi, w przypływie jakichś silniejszych emocji, dziewczyna we śnie poznaje historię danego przedmiotu i jego pierwszej właścicielki. Bo tak się złożyło, że wszystkie te rzeczy należały kiedyś do bardzo silnych, damskich osobowości – nieważne czy to szylkretowa spinka, czy wojskowe amerykańskie glany albo srebrne pióro.

I tak, kolejne rozdziały ukazują życie Agnieszki w kilkuletnich odstępach. Wczesne dzieciństwo przechodzi w późniejsze, następie jest nastolatką przechodzącą etap buntu; studentką z wielką pasją i ideałami; młodą kobietą, która zakłada rodzinę i w końcu sama staje się matką. Te wszystkie wątki biograficzne uzupełniane są historyjkami z przeszłości – bliższej i dalszej. Czasem takimi sprzed zaledwie kilkudziesięciu lat, a czasem sprzed kilku lub kilkunastu tysiącleci!

Z każdej podróży w czasie Agnieszka zachowuje coś dla siebie, co ją inspiruje lub wspiera i niejako kieruje ją na właściwe tory w szczególnie trudnych chwilach. Przeszłość płynnie uzupełnia przyszłość. Z punktu widzenia czytelnika jest o tyle ciekawiej, że książka zyskuje jakby kolejne główne bohaterki, które grają w fabule pierwsze skrzypce i którym autorka spokojnie mogłaby poświęcić pełnowymiarową książkę.

„Antykwariat cudzych wspomnień” to w pewnym sensie powieść historyczna z duszą i wątkami feministycznymi. Oparta na wielu faktach i inspirująca do poszerzania swojej wiedzy w konkretnym temacie. Siłą rzeczy, autorka najbardziej bazuje na polskiej historii XX wieku, co akurat dla mnie jest zawsze zaletą. Oryginalny pomysł na fabułę zasługuje na szczególne uznanie. Bojowniczkom o „prawa kobiet” powinien przypaść do gustu motyw „silnej i wyjątkowej kobiety swoich czasów”, która je wyprzedzała czasem o całe dekady, nierzadko jednak zyskiwały (na szczęście!) uznanie już w swojej epoce, co było bardzo budujące.

Muszę zwrócić większą uwagę na inne powieści autorki. Kto wie, może kiedyś wrócę do twórczości Weroniki Wierzchowskiej… To pierwsze spotkanie pozostawiło bardzo przyjemne odczucia i zasiało chęć na więcej. Polecam.

niedziela, 12 października 2025

„Bez miłości” – Zofia Mąkosa

Wydawnictwo: Książnica 
Cykl: Pomiędzy (tom 2)
Data wydania: 2025-06-04 
Liczba stron: 336 
ISBN: 9788327168634

W drugim tomie zwyczajowo następuje kontynuacja wątków zapoczątkowanych w pierwszej części cyklu. Tak więc, Weronika decyduje się na małżeństwo z rozsądku, wchodząc tym samym do niemieckiej rodziny, co obiektywnie może mieć sporo plusów, mimo oczywistych minusów. Jednak przez swój charakter i upór odnajduje swoje miejsce i z każdym dniem jej pozycja umacnia się. Wątek dotyczący Joanny również związany jest ze sferą uczuciową. Zauroczenie Stanisławem nie chce osłabnąć, jednak rozsądek nakazuje się rozglądać za innymi „apsztyfikantami”. Młoda kobieta wykorzystuje okazję by sprawdzić swoje uczucia. Jednocześnie stawia na samorozwój i zdaje maturę. Poza tym kontynuuje swoją działalność wywiadowczą…

Niebywałą zaletą cyklu jest możliwość obserwowania zmian historycznych i codziennego życia społecznego z początku ubiegłego stulecia na terenach przygranicznych. Powieści pisane przez historyczki mają tę zaletę, że w bardzo przystępny sposób można przyswoić wiele faktów ale i ciekawostek historycznych. Minusem może być fakt, że trochę brakuje lekkości pióra. Przy pierwszym tomie chyba tak tego nie odczuwałam (a może już zapomniałam…). Jednak teraz miałam wrażenie, że obserwuję bohaterów z bardzo daleka i dochodzi do mnie tylko ta powierzchowna warstwa.

Czytając powieści niektórych moich ulubionych autorek, odczuwam emocje, które towarzyszą bohaterom, niemal tak jakbym znajdowała się w samym środku fabuły i trzymała ich za rękę. W tym przypadku czułam się jakbym czytała relację albo sprawozdanie i to dość rzeczowe. Autorka punktuje, wymienia, stwierdza. Dość chłodno. Nie wiem skąd ta zmiana. Brak serca do kolejnej części cyklu? Może ogólnie… do kolejnej książki? Niestety, nie była to porywająca lektura. Ot, po prostu przeczytana/odczytana książka. Oczywiście, jeśli się pojawi, sięgnę po kolejny tom serii, by móc zamknąć otwarte wątki z drugiej części, jednak jakoś wiele sobie po nim nie obiecuję. Szkoda.

niedziela, 5 października 2025

„Drabina” – Eugenia Kuzniecowa


Wydawnictwo: Znak 
Tytuł oryginału: драбіна
Data wydania: 2024-02-05 
Liczba stron: 304 
ISBN: 9788324068272

Debiut Eugenii Kuzniecowej bardzo przypadł mi do gustu. Jej kolejna książka też zrobiła na mnie duże wrażenie, chociaż jest zupełnie inna. Fajnie, że autorka nie powiela schematów. Mimo małego doświadczenia, ma swój wyczuwalny styl, który bardzo dobrze się przyswaja. Tym razem tematyka trudniejsza, ale dzięki humorowi i lekkości pióra, nie tak przytłaczająca jakby można było się spodziewać.

Tolik zawsze marzył o swoim domu w Hiszpanii i kiedy to marzenie udało mu się zrealizować, wybuchła wojna w Ukrainie. Zanim tak naprawdę poczuł, że ma to swoje miejsce, do domu przyjechali nowi lokatorzy – jego mama, siostra z koleżanką, ciotka i wuj oraz dwa koty i pies. Oczywiście, nie negował ani przez chwilę konieczności pomocy bliskim – to było naturalne, że z nim zamieszkają, jednak nie ukrywajmy: okoliczności obiektywnie zaczęły być mocno uciążliwe. Do tego stopnia, że Tolik do swojego pokoju zaczął wchodzić po drabinie, by mieć chociaż trochę prywatności.

Lubię książki, których fabuła bazuje na doświadczeniu i konkretnej wiedzy, a kto lepiej napisze powieść dotyczącą spraw Ukraińców niż właśnie Ukrainka. Z tego co widzę, najnowsza powieść, autorki, która wyjdzie w listopadzie, również dotyczy spraw Ukrainy. Myślę, że to bardzo dobre posunięcie. Propagowanie wiedzy na temat pewnych zjawisk i problemów społecznych to jedna z funkcji literatury. Lubię kiedy powieści mają drugie dno i nie są tylko i wyłącznie fikcją literacką. Coś czuję, że Kuzniecowa swoim posunięciem zajęła pewną niszę na rynku literackim.

„Drabina” nie skupia się jednak na okrucieństwie i brutalnej stronie wojny. Informacje z frontu przemycane są bardzo oszczędnie w tle historii. W powieści przedstawiono jednak „dramat” jednostki – czy raczej jednostek, gdyż każdy z bohaterów przeżywa nową dla niego sytuację w zupełnie odmienny sposób. To wszystko skonfrontowane jest również z postawą głównego bohatera – introwertyka, który nie ukrywa, że boi się walczyć. Wszyscy muszą jakoś odnaleźć się w tej nowej sytuacji, znaleźć swoje miejsce i odnaleźć także cel swoich działań. Wkrótce, za jakiś czas, gdy już codzienny widok na hiszpańską winnicę po sąsiedzku, chociaż w pewnym stopniu „zaleczy” skołataną psychikę.

Czego nauczą się o sobie i o relacjach z bliskimi? Jakie korzyści przyniesie im ta – kolokwialnie mówiąc – niekorzystna sytuacja? Tego wszystkiego dowiecie się z powieści pt. „Drabina”. Humor i dowcip w odpowiedniej – wyważonej – dawce sprawi, że lektura mimo wszystko będzie przyjemnością. Polecam!

sobota, 26 lipca 2025

„Colette” – Valérie Perrin

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: Tata 
Data wydania: 2025-05-21 
Liczba stron: 576 
ISBN: 9788383616360

Do tej pory wszystkie książki Valerie Perrin porywały mnie praktycznie od pierwszej strony. Nauczona doświadczeniem, w zasadzie w ciemno, sięgałam po kolejne nowe pozycje. Z „Colette” z początku było dość opornie i wręcz męcząco, co dość mocno mnie zdziwiło. Jednak w pewnym momencie historia porwała mnie na całego i nie mogłam doczekać się dalszego ciągu opowieści, a ta z rozdziału na rozdział zaczęła być coraz bardziej zaskakująca. Można by rzec, że Valerie Peririn zaczęła doskonalić się w suspensie (!), co nie jest typowe dla gatunku jaki reprezentuje.

Tytułowa „Colette” jest ciotką głównej bohaterki Agnes. Obie kobiety były ze sobą dość mocno zżyte. Od najmłodszych lat Agnes spędzała każde wakacje u cioci i obie bardzo lubiły ten czas. W późniejszym etapie życia, kiedy Agnes ze względu na sprawy zawodowe mieszkała w Stanach Zjednoczonych, regularnie w każdy wtorek rozmawiała z Colette przez telefon. Po śmierci ciotki Agnes mocno odczuła tę stratę. Ogólnie zaczął się dla niej dość ciężki okres zakończony rozwodem i niemocą twórczą. I żeby tego wszystkiego było mało, to otrzymała dziwny telefon z żandarmerii z rodzinnego miasta Colette, zawiadamiający o śmierci jej ciotki. Tylko że ciotka nie żyła od 3 lat.

Mimo niedorzeczności całej sytuacji Agnes postanawia wrócić w strony z młodzieńczych lat i sprawdzić kto został pochowany wtedy, a kto zmarł teraz. W tym amatorskim śledztwie wesprą ją przyjaciele z dzieciństwa oraz detektyw, z którym współpracowała podczas kręcenia swoich filmów. Po raz kolejny potwierdzi się, że życie pisze najlepsze scenariusze – często wręcz niewiarygodne. Agnes odkryje wiele tajemnic – nie tylko Colette, ale i całej swojej rodziny – oraz (co zaskoczy ją najbardziej) również jej samej…

„Colette” to powieść wielowątkowa, bardzo rozbudowana, można by rzec epicka. W zasadzie to osobista historia prawie każdego bohatera mogłaby posłużyć za kanwę oddzielnej książki. Jednak autorka postanowiła bardzo subtelnie połączyć ze sobą losy wielu bohaterów. Przenikają się one na przestrzeni lat, tworząc swoistą, wielowarstwową pajęczynę w taki sposób, że nie wszystko jest widoczne od pierwszego momentu. Nierzadko trzeba się przebić przez gąszcz nitek, by dojść do sedna. I odkrycie właśnie tej istoty czyli w zasadzie finał powieści bardzo mocno zaskakuje.

A swojej najnowszej powieści autorka zestawia ze sobą bardzo wiele kontrastowych problemów i motywów. Nie tylko opisuje historię utalentowanego, genialnego dziecka z nizin społecznych, które potrafi ze słuchu zagrać na fortepianie utwory mistrzów. Dzięki wsparciu życzliwych osób udaje mu się zostać w przyszłości wielkim muzykiem i osiągnąć niebywały sukces.

Przeciwstawnie pokazuje jak mogą potoczyć się losy, kiedy dziecko nie tylko nie otrzymuje tego wsparcia od otoczenia, ale i zostaje skrzywdzone przez dorosłego. I mimo, iż temat molestowania nieletnich nie jest typowym dla literatury pięknej, to w narrację Perrin wpisuje się jak ulał i uzupełnia całą historię. Zresztą sporo uwagi poświęca również przemocy wobec kobiet i brutalności mężczyzn.

Tłem historycznym niektórych wątków jest holocaust i sytuacja Żydów we Francji w latach 40-tych. Perrin sięga więc po fakty historyczne i pomiędzy nie wplata losy swoich bohaterów.

Ale przede wszystkim wskazuje, iż każdy człowiek ma bardzo bogatą historię osobistą, której na pierwszy rzut oka nie widać. Każdy ma jakieś tajemnice, które po odkryciu zmieniają postrzeganie tej osoby. Warto poznać swoje historie rodzinne, by odkryć kim się jest, o czym dowiaduje się Agnes – główna bohaterka książki. Mimo wszystko jest to oczyszczające i pozwala pójść naprzód swoją drogą.

Mimo trudnego początku, ogólnie jestem zachwycona książką „Colette” – zaangażowana literatura piękna, której towarzyszą dźwięki fortepianu to coś, co polecę każdemu czytelnikowi. Jestem niesamowicie ciekawa, co teraz Valerie Perrin szykuje dla swoich czytelników. Nawet nie będę próbowała zgadywać.

środa, 4 czerwca 2025

„Ostatni zdrajca” – Krzysztof Koziołek

Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów
Data wydania: 2025-04-03 
Liczba stron: 442 
ISBN: 9788397187177

Nigdy nie ukrywałam, że Krzysztof Koziołek jest jednym z moich ulubionych lubuskich pisarzy. W zasadzie, jak dotąd, jego książki albo mnie zachwycały, albo „zaledwie” mi się podobały. Sporadyczne przypadki, które można policzyć na palcach jednej ręki, nie trafiły w mój gust. Z najnowszą książką znowu jest problematycznie. Próbując ją ocenić, musiałabym wyciągnąć średnią, gdyż mniej więcej od połowy akcja wciągnęła mnie jak zazwyczaj. Wcześniej było ciężko…

Fabuła powieści dotyczy aktualnych wydarzeń politycznych w Polsce, czyli wyborów prezydenckich. Niespodziewanie nową głową państwa zostaje skrajnie prawicowy kandydat, co kolosalnie wypływa na sytuację polityczną w kraju. Wychodzi na to, że historia może się powtarzać i na ulicach Polski znowu pojawiają się „przyjaciele” ze wschodu. Na szczęście, prawe i szlachetne jednostki myślące inaczej biorą sprawy w swoje ręce i tak powstaje ruch oporu. Czy będzie jednak w stanie przeszkodzić błyskawicznie rozpowszechniającemu się absurdowi i złu?

„Ostatni zdrajca” to thriller polityczny, chociaż w moim odczuciu mogłoby to być political ficition. Może nie posiadam tak ogromnej wiedzy i zamiłowania do polityki jak Krzysztof Koziołek, ale podczas lektury odniosłam wrażenie, że przedstawione tam wydarzenia jednak nie są prawdopodobne i nie stanowią realnego zagrożenia dla polskich obywateli. Ale może „nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiona jestem”? Na pewno są w tej dziedzinie bardziej kompetentni, więc nie polemizuję. Jednakże, pomijając powyższe, w stuprocentowym pozytywnym odbiorze przeszkadzało mi coś jeszcze. Otóż, polityka zbyt mocno przytłoczyła fabułę i zdecydowanie zdominowała pierwszą połowę książki, uniemożliwiając wciągnięcie się w akcję i nawiązanie jakiejś nici sympatii z bohaterami, których przedstawiono dość pobieżnie. Zazwyczaj historia głównych bohaterów ciekawi tak mocno, że nie można oderwać się od książki, tym razem musiałam mocno wytężać wzrok, by ją dostrzec pomiędzy politycznymi przepychankami. Ale może „to jest słuszna koncepcja”…

Reasumując. Na pewno polecam miłośnikom polityki, którzy śledzą regularnie i intensywnie aktualną sytuację w państwie. Zawsze ciekawie jest spojrzeć na problem z innej perspektywy. Dodam, iż powinni to być czytelnicy obiektywni, a nie zafiksowani na jedną ze stron. Druga połowa książki przynosi kilka pozytywnych zaskoczeń i wywołuje uśmiech zadowolenia, który tak lubię podczas lektury. Ciekawe, czy ktoś jeszcze – tak jak ja – podczas czytania szukał w sieci informacji o Barze Laguna… Grupa emerytowanych judoków – cudna! Powinno być ich więcej… w TEJ pierwszej połowie.


poniedziałek, 31 marca 2025

„Kobiety” – Kristin Hannah

Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: The Women
Data wydania: 2024-05-15
Liczba stron: 544
ISBN: 9788382890945

Kristin Hannah dość długo kazała mi czekać na kolejną książkę. Już prawie zdążyłam zapomnieć, jak doskonale czyta się jej powieści. Zaskakuje mnie to za każdym razem tak samo. Mimo, iż autorka – jak np. w tym przypadku – opisuje zupełnie inne i jednak obce dla nas realia, to mimo wszystko czytelnicy nawet z drugiego końca świata, mogą utożsamiać się z bohaterami i współodczuwać ich radości, ból i strach, tak jakby te problemy dotyczyły ich bezpośrednio. A tak naprawdę wojnę w Wietnamie oraz stosunek Amerykanów do żołnierzy i całego przedsięwzięcia militarnego znamy głównie z filmów. Bo właśnie Wietnam jest tłem historii „Kobiet”, którą Kristin Hannah przez wiele lat opisywała.

Frankie (chyba mimo wszystko pod wypływem impulsu i silnych emocji) postanawia diametralnie zmienić swoje dotychczasowe życie grzecznej panienki, wychowywanej na wzorową przyszłą żonę i jako pielęgniarka pojechać do Wietnamu. Pomysł wydaje się tym bardziej szalony, że praktyki w zawodzie właściwie wcale nie ma. Jednak tak podpowiada jej serce i cicho marzy, że kiedyś jej zdjęcie trafi na ścianę bohaterów w gabinecie jej ojca, gdzie swoje miejsce mają wszyscy walczący o swoją ojczyznę.

W ciągu kilkunastu godzin lotu młoda kobieta przenosi się do zupełnie innego świata. Świata, którym rządzą zupełnie inne zasady niż znała dotychczas. Świata, w którym śmierć i to w ogromnych męczarniach, jest integralną (by nie powiedzieć zwykłą) częścią codzienności. Świata, który nie wiadomo kiedy się skończy, gdyż każdego dnia można stracić życie. Na szczęście, nawet w piekle można trafić na prawdziwych przyjaciół i to dzięki dwóm pielęgniarkom – Ethel i Barb – Frankie zrozumiała, że postąpiła słusznie jadąc na misję i nigdy nie zmieniłaby tej decyzji. Odtąd były jak trzej muszkieterowie – mogły na sobie polegać w każdej sytuacji. Wietnam przyniósł Frankie nie tylko dwie najwspanialsze przyjaciółki. To tam stała się nie tylko dorosłą osobą, ale i prawdziwą kobietą, która przeżyła swoją pierwszą miłość. Czy była to miłość na całe życie? Czy miłość do końca życia (jednego z dwóch)?

„Kobiety” to książka, podczas pisania której Hannah starała się pozostać jak najbardziej wierną faktom historycznym i dlatego obok przepięknej i przejmującej historii młodej kobiety, mamy tutaj potężny zbiór merytorycznej wiedzy, która przybliża mniej zorientowanej części czytelników istotę okrucieństwa wojny w Wietnamie. Przyznam, że i mnie zaskoczył skrajnie negatywny stosunek Amerykanów do weteranów, którym udało się wrócić do domu oraz przede wszystkim niedorzeczne bagatelizowane roli kobiet na froncie. Kobiet, które wprawdzie walczyły przy stole operacyjnym, ale każdego dnia stykały się z zagrożeniem i jego skutkami, ratując życie rannych, jeśli było to w ogóle możliwe.

Kolejnym ważnym aspektem jest powrót do domu i trudy odnalezienia się w zupełnie innej i nowej rzeczywistości. Frankie (jak wielu innych) w Wietnamie funkcjonowała na ogromnej adrenalinie. Ciągły stres jaki jej towarzyszył, spowodował, że wyrobiła sobie pewne mechanizmy obronne, działała niczym robot, który miał wykonać pewne zadanie. Intuicyjnie podchodziła do wielu problemów, które odhaczała z listy punkt po punkcie. Z czasem stała się niesamowicie kompetentnym fachowcem, który idealnie wykonywał swoją pracę. Powrót do spokojnej, zwyczajnej i nudnej rzeczywistości ponownie wywrócił jej życie do góry nogami. Hannah bardzo dogłębnie opisuje skutki stresu pourazowego, który w czasach bohaterów książki dopiero wchodził do kanonu psychologii i z którym lekarze do końca nie potrafili jeszcze pracować.

Poza tym, że weterani musieli walczyć o siebie z „demonami wojennymi”, które towarzyszyły im w powojennej codzienności, to musieli również walczyć z dużą częścią społeczeństwa o swoje dobre imię, tak by w końcu byli traktowani jak bohaterowie, którzy walczyli o swój kraj, a nie przeciwko niewinnym cywilom. W dzisiejszych czasach ciężko jest mi zrozumieć, z czego wynikała niechęć do kobiet, które pojechały na wojnę. Większą ich część stanowiły pielęgniarki, jednak pracowały one również na innych stanowiskach. Może rzeczywiście nie walczyły z karabinem w ręku, jednak była to bezspornie walka.

„Kobiety” to bardzo ważna książka – nie tylko w środowisku amerykańskim, ale i globalnie. Porusza oczywiście istotne aspekty wiedzy na temat wojny w Wietnamie i – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – szerzy prawdę. Jest to jednak książka przede wszystkim o kobietach – ich roli, prawach, możliwościach i o ogromnej sile jaka nimi kieruje. „Kobiety” to oczywiście również bardzo emocjonująca powieść o wielkiej i nieszczęśliwej miłości, o prawdziwej przyjaźni, która przenosi góry. To powieść o celu i sensie życia i o tym jak ważne jest znaleźć swoje miejsce, by czuć się spełnionym. To również powieść o tych ciemnych stronach egzystencji – o rozczarowaniach, zdradach, zawodach, nałogach i lękach. Może dzięki nim bardziej doceniamy jasne dni. Wyjątkowo przejmująca historia, która zapada w pamięć. „Typowa” Hannah!



środa, 22 stycznia 2025

„Paryska córka” - Kristin Harmel

Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: The Paris Daughter
Data wydania: 2024-06-19
Liczba stron: 400
ISBN: 9788382899597

Po dość długiej świąteczno-noworocznej przerwie i wielu „zajętościach” wróciłam do czytania! Chyba była mi potrzebna ta pauza, bo „Paryską córkę” pochłonęłam w dwa dni. A może to po prostu tak dobrze napisana książka? Już wspominałam, że widzę (jak się okazuje nie tylko ja) wiele podobieństw między twórczością Harmel i Hannah – tak samo dobrze odbieram książki obu autorek. Opowieść wywołuje nie tylko szybsze bicie serca ale i powoduje szybsze przekładanie kolejnych kartek. Ale o czym jest TA historia?

Pewnego jesiennego dnia, dwie Amerykanki, które odnalazły szczęście i miłość w Paryżu, spotykają się przypadkowo w parku. Okazuje się, że łączy je jeszcze więcej – obie panie są w ciąży i to na podobnym etapie. Gdy jedna gorzej się czuje, tej drugiej instynkt nie zawodzi – musi jej pomóc. Tak zaczyna się przyjaźń między Elise a Juliette. Gdy przychodzą na świat ich córeczki Mathilde i Lucie – spędzają ze sobą jeszcze więcej czasu. Wspierają się i w pewnym sensie stają się dla siebie rodziną. Jednak pewien dramatyczny dzień wystawi na próbę ich przyjaźń. By uchronić swoją córeczkę Elise będzie musiała ją zostawić pod opieką Juliette. Czy dziewczynka znajdzie w nowej rodzinie miłość i schronienie w tym trudnym czasie drugiej wojny światowej? Czy Elise da radę dotrzymać słowa i wrócić po swoją córkę gdy niebezpieczeństwo minie?

Autorzy, chociaż chyba jednak częściej autorki, często wybierają tematykę wojenną na tło swoich powieści. Wiele takich książek mam już na swoim regale, sporo opisywało również wojenny Paryż. Zresztą Kristin Harmel napisała „Księgę utraconych imion”, do której nawiązuje kilka rozdziałów „Paryskiej córki”, a jedna z bohaterek trafia dokładnie w to samo miejsce, co wcześniej Eva. Autorka wspomina, że na powrót do tamtej historii zdecydowała się na prośbę swoich czytelników. Wydawać by się mogło, że właściwie nie można napisać niczego oryginalnego na ten temat. Jednak Harmel napisała taką książkę – nie tylko o matczynej miłości i przyjaźni, na tle trudnych czasów drugiej wojny światowej, ale i o pasji, i sztuce oraz jej wpływie na artystę. I chociaż w pewnym momencie (przynajmniej dla mnie) ciąg dalszy był dość oczywisty (tak: miałam rację), to jednak droga do finału była bardzo ekscytująca, a fabuła wciągająca.

Dodatkowym atutem książki jest zmiana miejsca akcji na Nowy Jork, w którym bohaterowie znajdują się po wojnie. Ukazanie życia w zupełnie innych – kontrastowych do paryskich – realiach, jest interesującym zabiegiem, który „podkręca” akcję. Poza tym, nie bez znaczenia jest też fakt, że bohaterowie Harmel przechodzą całkowitą zmianę charakterologiczną, stając się praktycznie zupełnie innymi osobowościami, do których czytelnik również odczuwa zupełnie inne – skrajne – uczucia. Aż tak wielka zmiana jest raczej rzadko spotykana, chociaż w tym przypadku jak najbardziej uzasadniona.

Elementem „Paryskiej córki” – oczywiście poza istotą fabuły – który jednak najbardziej przypadł mi do gustu był motyw sztuki. Bohaterowie książki to malarze i rzeźbiarze. Harmel, przygotowując się do pracy nad książką, sięgnęła po sporo fachowej literatury na ten temat. Czytając powieść można zauważyć, że ma o tym pojęcie i podpiera się merytoryczną wiedzą, a opisy pracy artystów są bardzo inspirujące i pociągające. Idealnie kontrastują z trudniejszymi tematami, które porusza autorka.

„Paryska córka”, chociaż jest kolejną książką dotyczącą tematyki drugiej wojny światowej i holocaustu, traktuje również o ludzkiej psychice, o zmianach jakie w niej zachodzą przez okoliczności zewnętrzne. To powieść o ludzkich granicach, sile, poświęceniu i miłości. Postawy prezentowane przez Harmel mogą budzić podziw i skłaniają do refleksji. A na tej szczególnie zależało autorce, biorąc pod uwagę czas, w którym powstała książka, czyli wojna w Ukrainie. Autorka chętnie powraca w książkach do przeszłości. Robi to głównie po to, by przypominać, by ludzie mogli wyciągnąć wnioski na przyszłość. By mogli lepiej się do niej przygotować, bez względu na to, co ona przyniesie. Bardzo dobra literatura. Polecam.

piątek, 22 listopada 2024

„Topiel” – Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 2020-06-03
Liczba stron: 384
ISBN: 9788366500280

Ze względu na dość sporą kolejkę książek oczekujących na mojej półce na przeczytanie, sporadycznie sięgam po zupełnie nowych autorów i przypadkowe tytuły. Wyjątek stanowi bardzo zachęcający opis fabuły i tak właśnie było w tym przypadku. Na decyzję, by kupić „Topiel” miały z pewnością wpływ także ostatnie tragiczne zdarzenia związane z tegoroczną powodzią. Bo właśnie powódź – tylko z 1997 roku – jest tłem do fabuły. Wprawdzie – jak zastrzega autor – nie jest to historia na faktach, ale nie wierzę, że tak całkowicie jest to fikcja literacka. Tym bardziej, że Głuchołazy, w których dzieje się opisana historia, to rodzinne miasto autora, a tragedia z lipca 1997 mocno odcisnęła na nim piętno.

„Topiel” to przede wszystkim opowieść o przełomowych wakacjach w życiu czwórki nastoletnich chłopców – Darka, Kacpra, Grześka i Józka, którzy stoją u progu dorosłości. Jest lipiec – lato w pełni. Żaden z nich nie przypuszczał, że wieczorne przygody z dreszczykiem, które i tak były mocno emocjonujące, przerwie coś, co dostarczy im jeszcze więcej adrenaliny i wrażeń – nie zawsze jednak pozytywnych. 6 lipca 1997 r. zaczął podnosić się znacząco i błyskawicznie poziom wody w rzece, czego skutkiem okazała się niszczycielska powódź. Te wakacje dały chłopakom coś zupełnie innego niż luz i beztroska – otrzymali przyspieszony kurs dojrzewania. Czy zakończy się on pozytywie zdanym „egzaminem”?

„Topiel” to powieść bardzo zaskakująca. Początkowa „przygodówka” ewoluuje i zmienia się w sensację i kryminał, a emocje towarzyszące czytaniu znam raczej z lektury thrillerów! Nie chcę zdradzać fabuły, by nie pozbawić przyszłych czytelników przyjemności jej odkrywania, ale pojawienie się w takich okolicznościach , było ostatnim czego się spodziewałam.

I chociaż autor twierdzi, że to nie miała być oparta na faktach książka historyczna, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest to – obok sensacji osadzonej w zalanych Głuchołazach – także relacja z tamtych trudnych dni. Opisy skutków niszczycielskiego żywiołu oraz solidarnej walki mieszkańców z nim sprawiają, że czytelnik ma dokładny wgląd w realia towarzyszące powodzi stulecia tuż przy granicy polsko-czeskiej.

Poza wszystkim, miło było cofnąć się w czasie i wrócić wspomnieniami do realiów lat 90-tych. Będzie to z pewnością plus dla czytelników-rówieśników autora. Lubię, kiedy pisarze w swoich książkach tak wiernie opisują także tło historyczne i taką zwykłą codzienność bohaterów. Fabuła zyskuje wtedy na realności.

Polecam przede wszystkim jako „dokument” tamtego zdarzenia, by móc skonfrontować go z bieżącymi zdarzeniami. Miłośnicy trzymającej w napięciu prozy również będą zadowoleni. Ćwieka dołączam do listy autorów, którym warto się przyjrzeć.

wtorek, 15 października 2024

„Nigdy się nie poddam” – Barbara Wysoczańska


Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2024-10-09
Liczba stron:  512
ISBN:   9788383577548

Proza Barbary Wysoczańskiej to zdecydowanie to, co mnie relaksuje i trafia w mój gust. Zajmujące opowieści, lekki styl, oparte na faktach tło historyczne i – dodatkowo – realia moich rodzinnych stron. Tym razem czytelnicy będą mogli odwiedzić winnice w okolicach Grünbergu in Schlessien przed niemal stu laty i poznać sporo ciekawostek na temat produkcji wina. Ponieważ to jednak (mimo wszystko wg mnie) literatura kobieca (o kobietach, dla kobiet i pisana przez kobietę) więc nie obędzie się bez wątków miłosnych. Romans historyczny? To w żadnym wypadku nie jest określenie pejoratywne!
 
Fabuła powieści „Nigdy się nie poddam” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych – obecnie oraz w latach 30-tych XX wieku – które łączy miejsce: malowniczy dworek i winnica koło Zielonej Góry. Główna bohaterka Alicja, po tragicznych wydarzeniach poczuła ogromną potrzebę zmiany. Kupiła więc zabytkową posiadłość w zacisznym miejscu, z dala od zgiełku metropolii, do którego przywykła. Jej nowa nieruchomość oczarowała ją od pierwszej chwili, więc zapragnęła dowiedzieć się, kto mieszkał tam przed nią. Tajemnicza skrzyneczka odkryta podczas prac remontowych była początkiem drogi, a ta kończyła się w Monachium, gdzie poznała historię Gretel Vogel – dziewczyny produkującej wino w jej nieruchomości tuż przed drugą wojną światową. Alicja zdawała sobie sprawę, że podróż jaką odbyła będzie znacząca, ale nawet przez chwilę nie podejrzewała, jak bardzo zmieni się jej życie.
 
Gdybym miała wybierać, która część książki jest bardziej intrygująca, to chyba skłoniłabym się jednak do historii z przeszłości. Jedna kobieta i dwóch braci uwikłanych w trudne relacje, którym zarówno realia jak i obyczaje niczego nie ułatwiają ani przez chwilę, mimo to zakończenie jest pozytywne. Jednak skłamałabym, że nie ciekawią mnie dalsze losy Alicji, a te mają potencjał – przynajmniej na kontynuację „Nigdy się nie poddam”. Otwarte zakończenie powieści ma jednak potencjał, pozostawia otwarte wrota dla fantazji czytelników.
 
„Nigdy się nie poddam” to obecnie chyba moja ulubiona powieść Barbary Wysoczańskiej. Uwielbiam ją za chwytającą za serce historię obu mieszkanek dworku przy winnicy. Fakty dotyczące historii, topografii, realiów Grünbergu sprzed wieku są niesamowicie interesujące i plastyczne, co pozwala wniknąć w dawne miejsca i stać się niemal uczestnikiem wydarzeń. Konkrety dotyczące życia i pracy na winnicy intrygują nawet tych, którzy nigdy nie byli miłośnikami wina. Do tego sposób w jaki przeszłość przenika teraźniejszość, dodaje całej książce zaskakująco nęcącej i wabiącej liryczności. Poszukiwanie własnego miejsca na ziemi i życie w zgodzie ze swoim wewnętrznym ja było ważne dla obu pań. Ich podejście do życia może motywować i zachęcać do zmian, które zapewnią spokój ducha i taką „zwykłą” codzienną błogość i entuzjazm.
 
Jedyne, co mogę zarzucić tej książce albo autorce, to fakt, że poszczególne wątki mogłyby być bardziej rozbudowane – tak, by czytelnik mógł bardziej dogłębnie wniknąć w życie bohaterów powieści, gdyż obecnie czuję jednak pewien niedosyt. Powiedzmy, że przynajmniej około 800-stronnicowa książka mogłaby prawdopodobnie zaspokoić moje „wymagania”. Opcjonalnie, rozbudowanie powieści do 3-tomowej sagi również brałabym pod uwagę.
 
Reasumując: polecam nowym czytelnikom, gdyż wiernych fanów prozy Barbary Wysoczańskiej z pewnością nie trzeba zachęcać do sięgnięcia po tę powieść. Książka jest idealnym wyborem dla miłośników Ziemi Lubuskiej, wina oraz historii. Świetnie sprawdzi się jako prezent.

niedziela, 6 października 2024

„Odlecieć jak najdalej” – Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2024-05-14
Liczba stron: 352
ISBN:  9788383381893

Jestem dość mocno zdziwiona ostatnią powieścią Ałbeny Grabowskiej. Szczerze powiedziawszy, podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorką jest zupełnie ktoś inny. Całkowicie inny styl, narracja, bohaterowie, ich język, sama konstrukcja książki, klimat. Owszem, fajnie gdy autor zaskakuje, jednak zastanawia mnie, dlaczego ta powieść jest tak bardzo inna. Niestety, podczas czytania brak było tej lekkości, tym razem kolejne strony nie znikały w oka mgnieniu – wręcz trzeba było brnąć przez kolejne rozdziały.

Warszawa lata 60-te. Główną bohaterką książki jest nastolatka – Aleksandra, która mieszka tylko z babcią, ponieważ jej mama – ze względu na traumatyczne wydarzenia związane z powstaniem warszawskim – przebywa w Tworkach. Ojciec zginął tragicznie tuż po wojnie. Dziewczyna przygotowuje się do matury, ma plany i marzenia – czasem dość naiwne, jak to w tym wieku. Ponieważ sytuacja jest dość ciężka, zarówno Ola jak i babcia dorabiają sobie szyjąc i przerabiając stroje. Żyją dniem codziennym. Dziewczyna przeżywa w końcu pierwszą wielką miłość, a zarazem rozczarowanie. I cały czas marzy – marzy by wyrwać się z tego kraju, by wyjechać za granicę. Żadna z kobiet nie zdaje sobie sprawy, że są obserwowane przez tajnego współpracownika Czyżyka. Komu i dlaczego donosi ta „życzliwa” z najbliższego otoczenia?

Wielką zaletą książki jest bez wątpienia tematyka – bardziej współczesna niż tak bardzo popularne lata drugiej wojny światowej, które to – przynajmniej mi – trochę się już „oczytały”. Dobrze iść o „krok” dalej. Czasy powojenne – jak każdy okres – posiadają potencjał, jednak ciągle niewykorzystany przez współczesnych autorów. Tym razem Grabowska opisuje lata 60-te. Przybliża czytelnikowi realia tamtych lat – zwykłą, szarą i ciężką codzienność. Społeczeństwo, które za plecami nadal odczuwa tragizm powstania, musi zmagać się z nowym porządkiem. Ten trud i znój jest bardzo dobrze wyczuwalny w trakcie lektury. Natomiast fragmenty dotyczące donosów TW Czyżyka uświadamiają, w jakim napięciu żyli wówczas ludzie. Praktycznie, nikt nie mógł czuć się całkiem swobodny – nawet w domu, bo przecież nawet „ściany mają uszy”. Potworne i frustrujące doświadczenia.

Bardzo wielkim zaskoczeniem okazały się tym razem postaci. Zdarzyło mi się to pierwszy raz, ale żaden z bohaterów nie budził mojej jednoznacznej sympatii. Owszem, posiadali oni również pozytywne cechy, jednak antypatyczne zdecydowanie je przysłaniały. I tak mamy: pracowitą, chociaż zarozumiałą Aleksandrę; poczciwą, chociaż stetryczałą i patrzącą wybiórczo babkę; Janka – niby chłopaka idealnego, który jednak okazuje się być wygodnym i chętnie korzystającym z protekcji cwaniaczkiem; jego nowobogacką i wręcz prymitywną matkę, która nie sięga dalej niż czubek własnego nosa – no może jeszcze nosa swojego syneczka. Każda z postaci (nawet te drugoplanowe czy epizodyczne) posiada całą gamę cech negatywnych. Pierwszy raz nie byłam w stanie kibicować bohaterom i trzymać za nich kciuki. Dość męczące odczucie.

Jeśli chodzi o fabułę, to owszem, autorka miała ciekawy pomysł. Historia rodziny Oli i tym samym jej jest intrygująca. Jednak sama realizacja jakby autorce tym razem nie wyszła. Język, którym mówili bohaterowie nękał i dręczył. To nie było przyjemne czytanie, tak jak zawsze w przypadku książek Grabowskiej. Zatracenie się w historii było wręcz niemożliwe. Jednocześnie fabuła opisana dość pobieżnie, trochę po łebkach – na zasadzie dość rzeczowej relacji.

Zakończenie otwarte – czytelnik może je sobie zinterpretować jak chce. Ten zabieg daje możliwości kontynuacji, jednak mam nadzieję, że autorka nie skorzysta z tego i da sobie spokój z tego typu „nowościami”. Ze względu na tło historyczne i inne niż zawsze realia polecam, ale radzę uzbroić się w cierpliwość i zacisnąć zęby. Niemniej jednak nie żałuję lektury, bo jest to przynajmniej „JAKAŚ” książka i wywołuje emocje, a że raczej negatywne to już insza inszość.

poniedziałek, 23 września 2024

„Brama do nieba” – Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Podróż przez czas (tom 2)
Tytuł oryginału: La Porte du ciel
Data wydania: 2023-10-02
Liczba stron: 496
ISBN: 9788324096466

Cykl „Podróż przez czas” to dość specyficzne dzieło Schmitta. Zupełnie inne niż jego pozostałe utwory. Zazwyczaj przez jego prozę „przelatuję” z prędkością światła – ani się obejrzę, a czytam już ostatnią stronę książki. Przez kolejne części serii podróżuje się, poświęcając dużo czasu – nieśpiesznie, z refleksją, z zadumą. Tytuł jak najbardziej trafny. I wydaje mi się, że odzwierciedla pracę, jaką autor włożył w jego tworzenie. Przypomnę, że pisał ten cykl 30 lat.

„Brama do nieba” rozpoczyna się tajemniczą sceną w jaskini. Noam budzi się z długiego snu, nie wie jak trafił do tego miejsca, nie wie jaki jest rok. I nie rozumie dlaczego jeszcze żyje. Na szczęście wkrótce pojawia się ukochana Nura i wiele pytań znajduje swoją odpowiedź. Oboje sądzą, że teraz będzie już tylko dobrze, że zostaną razem mimo obiektywnych trudności. Jednak, pewnego dnia Nura znika. Noam nie może pogodzić się z faktem, że nie udało mu się obronić ukochanej przed porwaniem. Postanawia, że znajdzie ją za wszelką cenę. Poszukiwania okazują się jednak niezwykle żmudne. Po sześciu latach mężczyzna trafia do Babelu. Zaskoczony, uświadamia sobie, że znalazł tutaj kogoś zupełnie innego. Kogoś, kogo wolałby nigdy więcej nie zobaczyć…

Chociaż historia Noama intryguje i trzyma w napięciu, podobnie jak w pierwszym tomie, to fabułę spowalniają w pewnym sensie liczne przypisy, dotyczące aktualnych wydarzeń historycznych, nierzadko zajmujące na stronie więcej miejsca niż główny tekst. Przyznam, że niestety było to dość irytujące, gdyż te przypisy były w większość przypadków dość chaotyczne. Poza tym odnoszę wrażenie, że Schmitt w „Bramie do nieba” bardziej skupił się na starożytnych wydarzeniach związanych z budową Wieży Babel oraz historią Abrahama niż na głównych bohaterach. Chyba, że był to celowy zabieg – by czytelnik mógł bardziej się wczuć w położenie Noama, któremu ukochana kobieta cały czas regularnie gdzieś umyka, podobnie jak szczęście i spełnienie.

Paradoksalnie – w zestawieniu z bieżącymi wydarzeniami – przerywniki między rozdziałami, opisujące czasy współczesne i dość dramatyczne wydarzenia, dawały przyjemne odprężenie. Skoro Noam dotrwał do współczesności… Podobnie, wyciągając wnioski z obszerności dwóch pierwszych tomów, można przypuszczać, że cykl będzie obejmował jeszcze kilka części. Pod warunkiem, że Schmitt nie zmieni koncepcji.

Czasy starożytne nigdy nie były okresem historycznym, który by mnie fascynował. Może z tego powodu „Brama do nieba” nie oczarowała mnie tak jak pierwsza część cyklu. Oczywiście, jestem niesamowicie zaciekawiona jak potoczą się dalsze losy Noama i Nury. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną część. Na podziw zasługuje pomysł jaki przyświeca temu monumentalnemu dziełu (mam na myśli całość – cały cykl). Połączenie wydarzeń historycznych z fikcyjnymi zdarzeniami i postaciami na tak długim odcinku czasu wymaga nie lada wiedzy, fantazji i umiejętności. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie dzieło życia Schmitta, czyli ostatnie, które będą mieli okazję przeczytać jego miłośnicy…

piątek, 23 sierpnia 2024

„W świetle latarni” – Zofia Mąkosa

Wydawnictwo: Książnica
Cykl: Pomiędzy (tom 1)
Data wydania: 2024-07-03
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327167194


Kolejna książka lubuskiej autorki, traktująca o moim regionie, za mną. Ponownie jest to część trylogii, tym bardziej cieszy fakt, że wkrótce powrócimy do bohaterów opowieści i będziemy mogli znowu podglądać ich perypetie. Dla niektórych czytelników będą to z pewnością losy zbliżone do historii rodzinnych, opowiadanych z pokolenia na pokolenie. W najnowszym cyklu pt. „Pomiędzy” Zofia Mąkosa poszła kawałek dalej i postanowiła odkryć nowe dla siebie tereny, czyli Trzciel i jego okolice oraz Poznań. Historia dotyczy również okresu, który jeszcze nie jest tak chętnie opisywany w literaturze współczesnej jak druga Wojna Światowa, a mianowicie – przemiany po Wielkiej Wojnie, dotyczące głównie wytyczania nowych granic i tego co się z tym wiązało bezpośrednio dla mieszkańców terenów przygranicznych.

Czytając „W świetle latarni” odniosłam wrażenie, że autorka zmieniła trochę koncepcję swoich książek. Dużo bardziej rozwinięte jest tło powieści, opisujące wnikliwie wydarzenia historyczne, przemiany społeczne i realia panujące w dawnych czasach. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, szczególnie biorąc pod uwagę jaki zawód wykonywała Zofia Mąkosa. Ubolewam jednak, że warstwa fabularna zeszła na dalszy plan. Oczywiście, książka opisuje perypetie bohaterów związanych z Trzcielem, jednak dość ogólnie i jakby z doskoku.

Głównymi bohaterkami książki są kobiety. Jedną z nich jest Joanna – młoda wdowa, która w dzieciństwie została sierotą i wakacje spędzała przy obcej rodzinie w Trzcielu, gdzie za wakacyjny wikt i opierunek pomagała w gospodarstwie. Po latach spędzonych w Poznaniu przy mężu, nadarza się okazja, by ponownie spotkać się ze swoją przyszywaną rodziną – jedyną rodziną jaką zna. Tam okazuje się, że ciocia zmarła kilka lat temu przy porodzie najmłodszej córki, a domem zajmuje się starsza – Weronika. Między kobietą a nastolatką dość szybko nawiązuje się nić sympatii i porozumienia. Ciekawe jak rozwiną się ich losy w drugim tomie.

Z pewnością, gdyby w czasie szkolnym istniały podobne książki lub nauczyciele w szkole opowiadaliby tak zajmująco jak autorka, to w niejednym młodym człowieku rozbudzono by zamiłowanie do historii, tak często jednak nużącej i wypełnionej suchymi faktami. Niestety, sama należę do osób, które niezbyt miło wspominają te lekcje w szkole. Zofia Mąkosa niezwykle interesująco i przystępnie opisuje dawne czasy. Jej proza wypełniona jest ciekawostkami i faktami historycznymi. Nie omija nie tylko przemian gospodarczo-historycznych ale i bardzo wiernie oddaje realia tamtych lat. Codzienność, jaka wyłania się z kart jej książki sprawia, że czytelnik ma wrażenie jakby sam uczestniczył w tych wydarzeniach lub był ich bezpośrednim świadkiem. To wszystko jednak sprawia, że książka bardzo mocno przypomina reportaż historyczny, a nie beletrystykę z historią w tle.

Mimo to nie zmienia to faktu, że „W świetle latarni” czyta się bardzo dobrze. Fabuła wciąga, ciekawość zostaje rozbudzona, zachęcając czytelnika do kolejnych części serii. Myślę, że warto byłoby rozpropagować powieści Zofii Mąkosy również wśród młodszego pokolenia, chociażby żeby pokazać, iż historia może być – kolokwialnie mówiąc – fajna. Na spotkaniach autorskich zdecydowanie dominuje pokolenie seniorów, chociaż wg mnie autorka kieruje swoje książki do wszystkich grup wiekowych. Polecam. Nieprzecenione źródło informacji na temat Trzciela i okolic przygranicznych z czasów po pierwszej wojnie światowej.

poniedziałek, 22 lipca 2024

„Wspomnienia z martwego domu” – Fiodor Dostojewski

Wydawnictwo: Świat Książki
Seria: Arcydzieła Literatury
Tytuł oryginału: Записки из Мёртвого дома
Data wydania: 2024-02-14
Liczba stron: 240
ISBN: 9788382891072

Gdy widzę nazwisko Dostojewski, nie potrzebuję dodatkowych zachęt do sięgnięcia po książkę. Styl, charakter i klimat utworów autora dawno trafiły w mój gust literacki. Docelowo chciałabym poznać jego twórczość kompleksowo. Naturalną więc konsekwencją pojawienia się nowego wydania „Wspomnień z martwego domu”, było sięgnięcie po nie. Jednak chyba trafiłam na wyjątek potwierdzający regułę.

„Wspomnienia z martwego domu” to wspomnienia autora z katorgi na Syberii, pisane w pewnym sensie w formie pamiętnika i reportażu jednocześnie z elementami fabularnymi i dialogami. Dostojewski nie pisze jednak w pierwszej osobie, a narratorem powieści, który zdaje relację z więziennego życia, jest szlachcic Aleksander Pietrowicz Gorianczykow. Bohater został skazany za zabicie swojej żony na 10 lat katorgi.

Fiodor Dostojewski, przez swoją przynależność do grupy literackiej, został skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. W ostatniej chwili, decyzją cara, wyrok zamieniono ma 4 lata ciężkich robót w syberyjskim więzieniu. To właśnie ten czas był inspiracją do stworzenia „Wspomnień z martwego domu”, które opisują pobyt w zamknięciu, uwzględniając ważniejsze momenty oraz współosadzonych, którzy zapadli autorowi w pamięć. Jest to opis dość rzeczowy i pozbawiony emocji. Narrator relacjonuje bez okazywania swojego stosunku do tematu.

Skojarzenia z Syberią i katorgą chyba wszyscy mają jednoznaczne – miejsce, które poprzez nadludzką przymusową pracę wykańcza przebywających w nim pechowców zesłanych na koniec świata, gdzie zima nie mija. Prawie nikt stamtąd nie wracał, gdyż odchodził z tego świata przed upływem końca wyroku. Tymczasem opis Dostojewskiego pozbawiony jest praktycznie grozy, tragizmu czy też dramatyzmu, a najbardziej zatrważającym wydaje się jedynie fakt, iż więźniowie non stop zakłuci byli w kajdany. Poza tym ich życie jawiło się nad wyraz zwyczajnie. Kwitł handel (także alkoholem), a za drobną opłatą można było mieć służącego na posługi. Osadzeni nigdy nie byli sami – tłum był ogarniający i to – poza oczywistym pozbawieniem wolności – było najbardziej dotkliwą represją. Poza tym miejsce jak miejsce, w którym można się urządzić, przesiedzieć i wyjść.

Nie wiem z czego wynika koncepcja autora na ten utwór i jaki cel chciał on osiągnąć. Niestety, książka nie porwała mnie, nie wstrząsnęła mną i nie zapadła w pamięć. Przeciwnie – bardzo chciałabym o niej zapomnieć, by móc z typowym dla mnie zapałem sięgnąć po inną powieść Dostojewskiego i rozkoszować się tą literaturą. Przeczytałam, a raczej przebrnęłam przez nią, bo na szczęście nie jest to zbyt obszerna lektura.

czwartek, 20 czerwca 2024

„Nikt Ci nie uwierzy” – Magda Knedler

Wydawnictwo: MANDO
Data wydania: 2021-02-10
Liczba stron: 384
ISBN: 9788327718549

Z podróży lubię przywozić książki związane z odwiedzanymi miejscami. Dlatego będąc na tegorocznej majówce we Wleniu, zakupiłam powieść „Nikt Ci nie uwierzy” autorstwa Magdy Knedler, opowiadającą o wydarzeniach sprzed ponad 100 lat, które działy się w pałacu, w którym nocowałam. A ponieważ tragedia zdarzyła się 14 lutego 1921 roku określa się ją mianem „krwawych walentynek”. Przyznam, że gdybym znała tę historię przed moją wizytą, pobyt w pałacu mógłby nie być tak relaksujący i błogi. Żałuję tylko, że nie odwiedziłam pokoju, w którym odbył się finał całej opowieści. Mieszkałam na pierwszym piętrze.

Książka „Nikt Ci nie uwierzy” napisana jest w specyficznej formie – nigdy niewysłanej korespondencji między dwiema kuzynkami. Starszą o kilka lat Dörte, która jest właścicielką pałacu w Lähn oraz jej uboższą i młodszą krewną – Ursel. Obie dziewczynki darzą się wzajemnie bardzo dużą sympatią, do tego stopnia, że chcą powierzyć sobie wstydliwe sekrety. To właśnie z opowieści kuzynek czytelnik dowiaduje się jakie tło i genezę miał tragiczny finał krwawych walentynek. Wprawdzie oba monologi to tylko możliwa interpretacja faktów historycznych, jednak są to bardzo prawdopodobne zdarzenia. Czytelnik ma wrażenie, że dokładnie TO odczuwały obie ofiary „zmory”. Knedler pisze tak sugestywnie, że niestety lekturze nie towarzyszą żadne pozytywne odczucia – a jest dokładnie odwrotnie – napięcie, przytłoczenie, złość, żal – naprzemiennie od pierwszej do ostatniej strony.

Chociaż tragedia kuzynek miała miejsce w zupełnie innej epoce, to jest to problem bardzo współczesny i równie dobrze mógłby zdarzyć się w dzisiejszych czasach. Mam tylko nadzieję, że społeczeństwo stanęłoby na wysokości zadania i jakoś zareagowało – tak, by ofiary ostatecznie otrzymały pomoc, a kat poniósł konsekwencje swojego postępowania. Sytuacja kobiet w międzywojniu była nieporównywalnie cięższa niż dziś. Uzależnione od mężczyzn, bez praw do decydowania o sobie. W takiej patowej sytuacji była Dorothea, Ursula, ale i inne bliskie im kobiety. Niestety, nie były w stanie wygrać z silniejszym, bardziej perfidnym, okrutnym i podstępnym mężczyzną.

Historia, którą warto poznać, szczególnie jeśli planuje się pobyt na Dolnym Śląsku w okolicy Wlenia. Chociaż nie jest to łatwa lektura, to warto włożyć trochę wysiłku, by poznać najmroczniejszą zbrodnię początku XX wieku. Tym bardziej, że jest to niesamowicie nieprawdopodobna historia, która zaskakuje niejeden raz. I chociaż autorka jednoznacznie stwierdza, kto jest sprawcą morderstw, to dziennikarze śledczy mają trochę inne zdanie. Pojawiają się pewne nieścisłości, wątpliwości. Być może rzeczywiście „zmora” miał wspólniczkę. Jednak tego już się nie dowiemy na 100%. Zaciekawionym – jeśli po lekturze pojawią się również pewne zawahania – polecam zgłębienie tematu.

wtorek, 4 czerwca 2024

„Obiecaj, że wrócisz” – Barbara Wysoczańska

Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2024-06-05
Liczba stron: 496
ISBN: 9788383574226

Po najnowszą książkę Barbary Wysoczańskiej sięgnęłam z większą ochotą niż zazwyczaj, na co bez wątpienia wpłynęło spotkanie autorskie, podczas którego udało mi się nabyć powieść przedpremierowo (i to z dedykacją) oraz posłuchać wielu ciekawych informacji na temat fabuły oraz tworzenia książki. Sama pisarka okazała się – tak jak przypuszczałam – osobą niezwykle życzliwą, pogodną i skromną, co tylko utwierdziło mnie w sympatii do niej. Powieść „Obiecaj, że wrócisz” pozostaje w typowej dla autorki konwencji – jest to opowieść o bardzo silnej, nieprzeciętnej kobiecie i posiada mocno rozbudowane, oparte na faktach tło historyczne.

Karolina Kornacka to i córka, i żona polskich oficerów. Ponieważ wychowywała się bez matki, przywykła do tego typowo męskiego twardego świata, który rządził się swoimi prawami i określoną hierarchią. Nigdy jednak nie ukrywała, że to nie jest jej świat. Kiedy jednak niespodziewanie spadło na nią uczucie, którym obdarzył ją niezwykle pewny siebie oraz uroku Staszek – mimo, że też wojskowy – poddała mu się bez reszty. I chociaż jej szczęście trwało bardzo krótko, gdyż rozdzieliła ich wojna, to był to dla niej najpiękniejszy czas, a jego wspomnienie na zawsze pozostało w jej sercu.

Po tym jak w Brześciu, gdzie był dom rodzinny Karoliny i Staszka, coraz mniej wygodni zaczęli być polscy obywatele, dzięki „uprzejmości” pewnego SS-manna, kobieta ze swoim synkiem mogła wrócić do Warszawy, gdzie zamieszkała z teściami. Pozorny spokój nie trwał jednak zbyt długo, gdyż wkrótce rodzina otrzymała nakaz zajęcia ich domu przez wysokiej rangi niemieckiego oficera. Jak wielkie okazało się jej zdziwienie, gdy zobaczyła, że to ten sam mężczyzna, przez którego znów była w stolicy. Co więcej, „łaskawie” pozwolił im zostać w domu, gdyż będzie potrzebował służby, która się wszystkim zajmie i pomoże ciężarnej żonie. Co kryło się za tą nietypową życzliwością w stosunku do Karoliny i jak zdoła przetrwać w tych wyjątkowo niezręcznych warunkach?

Tematyka drugiej wojny światowej jest równie obszerna, co popularna we współczesnej literaturze. Jednak Barbara Wysoczańska tym razem bardzo oryginalnie skupiła się na wyjątkowo trudnym, bolesnym i bardzo długo cenzurowanym jej fragmencie – mianowicie na zbrodni katyńskiej. Temat tym bardziej kontrowersyjny i tragiczny, gdyż niejako podbijany w ostatnim czasie przez katastrofę smoleńską z 2010 r. Poza filmem „Katyń” w reżyserii A. Wajdy nie znam osobiście innego współczesnego utworu, który traktowałby głównie o tych wydarzeniach. Autorka (poza konkretnymi faktami, które przytacza) skupiła się głównie na tragedii rodzin – najpierw zaginionych, a jak się później okazało bestialsko zamordowanych żołnierzy. Robi to jednak z wyjątkowym wyczuciem i realizmem, chociaż niepozbawionym dużej dozy emocji.

Kreacja głównych bohaterek Barbary Wysoczańskiej zawsze zapada w pamięć i budzi wiele emocji. To portrety tak różne, jak różna jest fabuła powieści autorki. Karolina to piękna, mądra i niezwykle silna kobieta, która dla dobra rodziny gotowa jest do największych poświęceń. Brzmi to być może jak frazes, jednak oddaje sensu stricte motywację dziewczyny, która dała radę pod jednym dachem koegzystować z wrogiem przez wiele lat. I jak się okazało, podczas wspomnianego spotkania autorskiego, nie było to wcale rzadkie zjawisko w tamtym czasie, co udowadniają liczne opublikowane wspomnienia osób, które przeżyły wojnę, a z którymi autorka zapoznała się podczas reaserch’u do książki.

„Obiecaj, że wrócisz” to, owszem, powieść zdominowana przez tragizm drugiej wojny światowej, ale jest to przede wszystkim opowieść o młodej kobiecie szaleńczo kochającej swojego męża i synka. Logicznym następstwem jest zatem, że autorka, dla równowagi, odnosi się również do tego uczucia i nie unika tematu fascynacji, pożądania oraz miłości, mimo iż trafiła ona na bardzo trudny czas. Ludzie zmuszeni byli żyć w tych trudnych czasach, jednak to życie nie mogło się składać tylko z cieni. Dlatego Karolina oraz inni bohaterowie potrzebowali chociaż trochę blasku.

Jedna z bardziej wciągających powieści Barbary Wysoczańskiej, wartka akcja powodowała wypieki na twarzy i uniemożliwiała odłożenie książki na później. Zaskakująca, pełna zwrotów akcji fabuła dostarcza czytelnikowi regularnych zdumień! Historia opisana bardzo przejmująco i emocjonująco, powoduje, że czytelnik wraz z bohaterami przeżywa dramaty i odczuwa je niemal na własnej skórze. I mimo, iż czasem odnosiłam wrażenie, że poprzednie powieści autorki są raczej skierowane do czytelniczek, tym razem polecam każdemu, kto chętnie sięga po fabularyzowane powieści historyczne.

 




niedziela, 26 maja 2024

„Schronisko, które spowijał mrok” – Sławomir Gortych

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Cykl: Karkonoska seria kryminalna (tom 3)
Seria: Ślady zbrodni
Data wydania: 2024-04-24
Liczba stron: 400
ISBN: 9788327166098

Na fali mojej fascynacji Karkonoszami, tuż przed wyjazdem do Szklarskiej Poręby, sięgnęłam po trzeci tom serii Sławomira Gortycha pt.: „Schronisko, które spowijał mrok”. Wprawdzie tym razem nie mijałam opisywanych w książce miejsc, jednak mimo wszystko fajnie było wczuć się trochę w okolice, które zwiedzę, zanim tam dotrę. W trzecim tomie akcja opowieści rozgrywa się głównie w schronisku Strzecha Akademicka, które można odwiedzić wyruszając z Karpacza na Śnieżkę. Przyznam, że teraz (dopiero) po lekturze, chętnie odwiedziłabym je będąc na szlaku.

W 1947 roku Strzecha Akademicka dała schronienie parze młodych zakochanych. Była azylem po pewnym – delikatnie mówiąc – niefortunnym i kłopotliwym zdarzeniu. Chociaż – jak się wkrótce okazało – zapoczątkowało to reakcję łańcuchową niczym lawina – tragicznych dla naszych bohaterów zdarzeń. W roku 2007 młody i obiecujący pisarz wyruszy do tego samego schroniska, by spróbować rozwiązać zagadki przeszłości i skupiając się na cudzych tragediach, chociaż trochę zapomnieć o swoich. Czy mu się uda? Czy może nad/pod strzechą wisi jakaś klątwa – przekleństwo Ducha Gór? Czy tym razem wizyta w górskim schronisku będzie miała dla gościa szczęśliwe zakończenie?

Sławomir Gortych to pasjonat gór i potrafi tę swoją fascynację zamienić w słowa na kartach swoich książek, a następnie zarazić nią swoich czytelników. Jego powieści urzekają i wciągają. Przede wszystkim opisuje wszystkie miejsca niezwykle plastycznie i wręcz namacalnie – tak, że ma się ochotę spakować plecak i ruszyć w góry. Do tego pełne są merytorycznych (i praktycznych) faktów, o których warto pamiętać wybierając się w Karkonosze. Współczesną, aktualną wiedzę uzupełnia bardzo ciekawym tłem historycznym, związanym z opisywanymi miejscami. Więcej na ten temat autor zawsze pisze w posłowiu, dając wskazówki gdzie można szukać informacji na temat poruszanych wątków, gdyby zaintrygowany czytelnik chciał pogłębić swoją wiedzę.

Historie z przeszłości mogłyby spokojnie tworzyć samodzielne powieści ze względu na swoją wielowarstwowość i bogactwo faktów historycznych oraz ciekawe portrety psychologiczne bohaterów. Jednak autor chyba dobrze się czuje – i już się wyspecjalizował – w narracji, w której przeszłość przeplata się z teraźniejszością i jedne wątki uzupełniają drugie. Mimo że jest to dość popularny zabieg wśród współczesnych pisarzy, to w tym wypadku czuć nieokreślony powiew świeżości i fabuła jest taka unikatowa. Czyżby znów kwestia Liczyrzepy?  

Powieść dla miłośników Karkonoszy i górskich wędrówek. Powieść dla fanów trzymających w napięciu kryminałów i sensacji. Powieść dla pasjonatów historii (głównie drugiej wojny światowej ale i późniejszych okresów). Mnie osobiście niezmiernie cieszy fakt, że Sławomir Gortych zmienił koncepcję i nie napisał trylogii (!) – opis okładkowy kończy zapowiedź czwartej części cyklu. Śmiem twierdzić, że nie będzie ona ostatnią, gdyż materiał na kolejne tomy jest tak obszerny jak Karkonosze, a może i całe Sudety!

niedziela, 28 kwietnia 2024

„Czerwony pamiętnik” – Ewelina Klimko

Wydawnictwo: Dragon
Data wydania: 2024-02-28
Liczba stron: 320
ISBN: 9788381727549

„Czerwony pamiętnik” to debiutancka powieść autorstwa Eweliny Klimko, którą miałam przyjemność przeczytać w ramach akcji recenzenckiej wydawnictwa „Dragon”. I chociaż początek lektury budził mieszane uczucia, to w pewnym momencie (niestety dość późnym) akcja tak mocno przyspieszyła, że pochłonęła mnie bez reszty. Patrząc na całość mogę stwierdzić, że autorka ma potencjał. Jak w każdej dziedzinie, tak i tu potrzeba jednak jeszcze trochę praktyki, więc nie pozostaje nic innego jak pisać, pisać i pisać.

Emilia otrzymała „czerwony pamiętnik” w testamencie od swojej babci. Dzięki tym zapiskom miała poznać prawdę i swoją ukochaną babcię, która ją wychowała i zadbała o nią najlepiej jak było można – rozwijając w niej m.in. zamiłowanie do sztuki i antyków, wokół których będzie się kręcić jej przyszłe życie zawodowe. Z wypiekami na twarzy i coraz większym zdziwieniem czytała więc opowieść o młodej Michalinie, która zaangażowała się w dość nietypowy sposób w walkę z wrogiem w czasie drugiej wojny światowej. Kolejne rozdziały opowieści budziły w młodej kobiecie coraz większe zdziwienie i zaciekawienie. Ani się obejrzała, a historia jej babci zaczęła przenikać sprawy teraźniejsze, które absorbowały młodą właścicielkę galerii sztuki. A to, że kobieta wplątała się przy okazji w sam środek afery kryminalnej dopełniło całości zaskoczeń, które spadły na dziewczynę w ostatnim czasie.

Fabuła powieści toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych. Czytelnik naprzemiennie poznaje przeszłość babci Michaliny oraz teraźniejszość jej wnuczki Emilii. Od samego początku bardziej zajmująca była opowieść sięgająca czasów wojennych. Postać babci jest też nieporównywalnie bardziej intrygująca i budzi więcej emocji. Niestety, czytając o życiu prywatnym i zawodowym Emilii, odnosiłam wrażenie, że zabrakło tu jakiejś koncepcji, by wzbudzić ciekawość. To, że obie historie zaczną się w końcu przeplatać i przenikać, było dość oczywiste, jednak moment ten był dość mocno odsunięty w czasie. Jednak punkt kulminacyjny mocno przyćmił to nieprzyjemne uczucie, zacierając niefortunny początek i powieść zaczęła mnie pochłaniać, a ja ją. Zastanawia mnie ta zmiana stylu autorki i ciekawa jestem, co wpłynęło na narrację. Gdyby opowieść toczyła się tak wartko od początku, byłaby niemal idealna. Jak już wspomniałam „ćwiczenie czyni mistrza”.
 
Bardzo obiecujący debiut, który sprawił, że mam ochotę sięgnąć po kolejną powieść Eweliny Klimko. Historia drugiej wojny światowej jest bardzo wdzięcznym, chociaż popularnym motywem przewodnim w literaturze ostatnich lat, jednak autorka wykorzystała go w bardzo oryginalny sposób, przez co sprawiła, że opowieść o Michalinie zapadła mocno w pamięć, a całość zyskała na wartości. Zresztą, kilka pomysłów na wątki opowieści robią ogromne wrażenie. Dość lekki styl autorki sprzyjał szybkiemu czytaniu i sprawił, że przy lekturze czas spędziłam bardzo przyjemnie. Pomysł na zakończenie książki trafił w mój gust idealnie. Polecam i czekam na kolejną powieść! Ciekawe, czym autorka zaskoczy i czy skupi się na dawnych czy obecnych czasach.