niedziela, 27 grudnia 2020

„Cienie w raju“ - Erich Maria Remarque

Wydawnictwo: Czytelnik    
Tytuł oryginału: Schatten in Paradies
Data wydania: 1998
ISBN: 830702613X
Liczba stron: 377

„Cienie w raju” to ostatnia książka Ericha Marii Remarqu'a, która pozostała mi do przeczytania. Jest to jeden z moich ulubionych autorów, jeśli nie mój numer 1, więc chciałam poznać wszystkie jego powieści. Udało się to jeszcze przed zakończeniem roku, chociaż niełatwo było kupić niektóre, mniej popularne tytuły, gdyż od dawna są tylko w obiegu z drugiej ręki. Poza tym o niektórych książkach w polskim internecie znajdziemy tylko bardzo ogólne i lakoniczne informacje. Dlatego bardzo się zdziwiłam po przeczytaniu kilku stron powieści – zadziwiająco przypominała mi inną książkę Remarqu'a pt.: „Na ziemi obiecanej”.

Otóż, okazało się, że „Cienie w raju“ to wersja ostatniej (niedokończonej) powieści Remarqu'a noszącej roboczy tytuł „Na ziemi obiecanej”. Nieautoryzowana, wydana w 1971 roku (czyli po śmierci autora) i dość mocno opracowana przez wydawnictwo…, co niestety jest dość mocno wyczuwalne. Nieraz miałam wrażenie, że fabuła jakoś dziwnie się urywa i kolejny wątek zjawia się ni z tego ni z owego. Brakowało mi ciągłości i płynności tekstu, aż musiałam sprawdzać, czy aby nie skleiły mi się kartki podczas czytania.

Podobieństwa między książkami są. Główny bohater to ta sama osoba, chociaż inaczej się w obu powieściach nazywa. Roberta Rossa – dziennikarza poznajemy w obozie przejściowym dla imigrantów, którzy odnaleźli swoją „ziemię obiecaną” w Ameryce. Po dość krótkim czasie, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, otrzymuje on pozwolenie na pobyt tymczasowy i zaczyna swoje nowe życie w Nowym Jorku. Nocleg w hotelu dla emigrantów prowadzonym przez rosyjskiego Czecha lub czeskiego Rosjanina Melikowa – będącego duszą tego miejsca i zajmującego się bardzo troskliwie wszystkimi zbłąkanymi duszami, które trafią pod jego dach. Rossowi udaje się po raz kolejny gdy znajduje pracę – oczywiście na czarno, ale lepsze to niż nic, tym bardziej, że to pomoc w antykwariacie, a na zabytkach i sztuce trochę się zna… Brzmi znajomo? Dla tych, którzy czytali już „Na ziemi obiecanej” z pewnością!

Przez dość dużą cześć książki byłam bardzo zawiedziona tak wielkim podobieństwem obu powieści. Nie mam absolutnie żadnych uwag co do fabuły. Jeśli jednak okazuje się, że czytałam niepełne wydanie wersji ostatecznej, którą Remrque przez swoją śmierć poprawił tylko do rozdziału XXI oraz nieautoryzowaną i modyfikowaną przez wydawnictwo wersję roboczą, to czuję się trochę oszukana. Tym bardziej, że na okładce cwanie przemilczano ten fakt. Miłośnicy autora z pewnością przymkną oko, jednak oczywiste jest, iż ten zabieg był mało uczciwy.

Pomijając powyższe dodam jednak, że jak każdą książkę Remarqu'a warto przeczytać i tę. Nikt tak przejmująco i dobitnie nie przekazuje tragizmu ofiar wojny i reżimu II rzeszy. Ofiar wszelakich – nie tylko tych „typowych” należących do wrogich krajów czy narodów. Także własnych obywateli, którzy z jakiegoś powodu stali się postaciami na tyle niewygodnymi, iż zaistniała konieczność by ich w jakiś sposób uciszyć lub się ich pozbyć. Zresztą ofiarami – szeroko opisanymi w wielu książkach Remarqu'a – byli także młodzi żołnierze, kompletnie nieprzystosowani do nowych zadań, jakie przed nimi postawiono, gdyż w wielu przypadkach byli jeszcze dziećmi. I nawet wywiązanie się z obowiązku wobec ojczyzny nie zmieniło tego faktu, za to tragizm i okrucieństwa wojny na zawsze już zmieniły ich psychikę. Mimo iż widmo obozów koncentracyjnych, tak silnie kojarzonych z okrucieństwem drugiej wojny światowej, pojawia się tylko we wspomnieniach bohaterów „Cieni w raju”, to autor bardzo sugestywnie przedstawił zarówno tragizm jednostki (czy też jednostek, gdyż opisano nie tylko los głównego bohatera Rossa, ale i wielu innych ciekawych postaci) jak i całej grupy emigrantów wojennych szukających ratunku z dala od ojczyzny. Są tacy, którym udało się odnaleźć spokój na drugim końcu świata, jednak zaryzykuję stwierdzenie, że należą oni do zdecydowanej mniejszości. Typowemu bohaterowi Remarqu'a jest jednak przeważnie „pod górkę”.

Bardzo żałuję, że autor nie zdążył z korektą swojego tekstu – powstałoby wtedy arcydzieło wieńczące i podsumowujące jego wojenne powieści. Mimo wszystko polecam. Ciekawe doświadczenie.

niedziela, 13 grudnia 2020

„Jeden dzień w grudniu” – Josie Silver

Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: One Day in December
Data wydania: 14 listopada 2018
ISBN: 9788380313620
Liczba stron: 432

Ta książka do mój zeszłoroczny gwiazdkowy prezent i to spoza mojej listy. Nie ukrywałam zresztą, że sama bym jej nie kupiła, gdyż nie należy do mojego ulubionego gatunku. Jednak chcąc wprowadzić się w świąteczny nastrój, w tym roku postanowiłam po nią sięgnąć. Muszę ze wstydem przyznać, że jest genialna w swym rodzaju i zaspokoiła dawkę romantyzmu, historii miłosnych i lukru, jakiej w tym okresie potrzebowałam. Dodam (chociaż mało się znam na takich babskich romantycznych historiach miłosnych), że jest praktycznie idealna w swojej formie i proporcjach. Niemonotonna, zabawna, lekka ale i przepełniona całą gamą uczuć.

Jak to z romantycznymi historiami świątecznymi często bywa i tak jest też w tym przypadku – święta są tylko pretekstem i tłem do całej opowieści. Bo wszystko zaczyna się tuż przed gwiazdką, kiedy to wracająca do domu Laurie, widzi przez okno autobusu chłopaka czekającego na przystanku. Przeżywa swoją pierwszą miłość od pierwszego spojrzenia, jednak nie wysiada, on zostaje, autobus odjeżdża i wszystko się zaczyna… Dziewczyna z każdą kolejną minutą żałuje, że nic nie zrobiła, chociaż w jedną sekundę uznała, że to ten jedyny. Tajemniczy chłopak z przystanku stał się jej obsesją. Szukała go wszędzie i to z pomocą swojej najlepszej przyjaciółki i współlokatorki, której opisała go tak dokładnie, iż obie niemalże były pewne, że wiedzą kogo mają znaleźć. Minął prawie rok, a Laurie nadal nie trafiła na nieznajomego. Traciła wiarę, że jej się uda. Natomiast, w międzyczasie, strzała amora trafiła jej przyjaciółkę… Kiedy Sarah – jako najbliższej osobie – chciała przedstawić Lu swoją miłość, okazało się, że jej nowy idealny ukochany, za którym szaleje i chłopak z przystanku to jedna i ta sama osoba…

Oczywiście, nie będę zdradzać jak dalej potoczyła się historia Lu, Sarah, Jacka oraz jeszcze kilku innych osób – jednak podkreślam jeszcze raz – w żadnym wypadku nie będzie monotonnie, chociaż może chwilami troszkę typowo, mimo to nierozczarowująco! Będzie miłość, śmiech, łzy, dramatyzm, romantyzm i happy end – co jest oczywiście jasne! Dużą zaletą powieści, poza wyjątkowo ciekawą fabułą i postaciami, jest lekki styl oraz przezabawne dialogi niczym z dobrej komedii, przy których nieraz zaśmiałam się w głos. Ubolewam jedynie, że Josie Silver to autorka jedynie jednej książki, a szkoda, bo mogłaby stworzyć coś równie dobrego, co bym chętnie przeczytała. Polecam sceptykom „miłosnych romansideł”, bo czasem można się pozytywnie zaskoczyć! Dla odmiany, przed świętami, dla zbudowania nastroju – w sam raz! Oceniam wysoko, chociaż nie jest to wybitne dzieło na miarę klasyki, ale genialne w swoim rodzaju.

wtorek, 8 grudnia 2020

„Traktat o łuskaniu fasoli” – Wiesław Myśliwski

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 31 października 2018
ISBN: 9788324055326
Liczba stron: 446

Książka, którą chciałam pewnego dnia przeczytać, gdyż zaintrygowała mnie swoim tytułem. Z tego względu znalazła się wśród trzech ostatnio pożyczonych. Optymistycznie podeszłam do czytania i… już pierwszy rozdział mnie dość mocno umęczył. Jakże tam głośno było! I w związku z tym „hałasem” czułam ciągłe napięcie, a życzyłabym sobie raczej, by obcowaniu z książką towarzyszyły dokładnie odwrotne odczucia. Takie właśnie miałam wrażenia, gdyż książka to monolog głównego bohatera bez imienia i nazwiska. I od pierwszej do ostatniej strony opowiada, wspomina, mówi, nawija, gwarzy, prawi, gawędzi, dywaguje, trajkota, bajtluje, monologuje, referuje, relacjonuje, -e, -e, (…), -e. Aaaa! Typ narracji zupełnie nie trafił w mój gust. Słowotok w czystej formie. Czułam się tak jakby bohater upolował ofiarę i nie puścił jej dopóki nie opowie jej wszystkiego o sobie. Jakby był ostatnim człowiekiem, któremu może opowiedzieć swoje życie po wielu latach milczenia. Trochę przerażające… i przytłaczające.

A o czym opowiadał bohater? Najogólniej rzecz biorąc, o swoim życiu. Dość chronologicznie, jednak niezbyt dokładnie. Wspominał raczej ważniejsze epizody ze swojego życia i kiedy zaczął w końcu przytaczać pewne dialogi, poczułam większą sympatię do tej książki, gdyż można było trochę odetchnąć. Szczególnie interesujące i wstrząsające były fragmenty dotyczące dzieciństwa w czasie wojny i tuż po niej. Jednak na tyle fragmentaryczne, że czułam niedosyt. Dobrze da się zauważyć, że piętno tego tragicznego czasu dość mocno odcisnęło swój ślad w psychice bohatera i zdeterminowało jego późniejsze losy, a może doprowadziło go do miejsca, w którym się obecnie znajduje. Tak jakby nigdy się od niej nie uwolnił. Bohater opowiada oczywiście podczas łuskania fasoli, jednak nie wydaje mi się, by ta czynność była aż tak bardzo znacząca, by dedykować jej tytuł całej książki. Może to właśnie kwestia tego przyciągnięcia czytelnika? Zasiania ciekawości? Komu opowiada? Przypadkowemu słuchaczowi, którego spotkał nad zalewem i który przy okazji łuskał z nim tę fasolę...

Ta książka to refleksja nad mozolnym życiem, w którym ogromną rolę odegrał przypadek. Życiem, w którym główny bohater właściwie stale musiał się z czymś mierzyć. Myślę, że był on nim tak samo umęczony, jak ja czytaniem. Brak w nim było równowagi, ciągle pod górkę. W najlepszym razie opowieści miały wydźwięk neutralny, ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że jakieś epizody były radosne albo pozytywne.

Nie da się ukryć, że nie zachwyciła, nie urzekła i nie trafiła do mnie ta opowieść. I wcale nie uważam, że jest przeintelektualizowana czy zbyt filozoficzna. Raczej określiłabym te mądrości na poziomie „wiejskiego filozofa”. Zastanawia mnie jednak większość opinii na portalu – tych bardzo wysoko oceniających tę pozycję, jednak bardzo oszczędnych w treści i ograniczających się często do jednego zdania. „Cudowna powieść”, „rewelacyjna”, „dobra książka” – ale właściwie dlaczego? Może tak jakieś uzasadnienie? Ciekawe, czy autorzy potrafiliby jakoś konkretnie umotywować swoje oceny.

Reasumując: zaletą bez wątpienia jest język, jakim została napisana ta książka, gdyż czytało się ją dość szybko i płynnie. Na plus zaliczę również kilka opowieści z przeszłości, niestety niedokończonych, a szkoda. Z pewnością nietypowa narracja, również może przekonać do sięgnięcia po tę książkę. Przyszłym czytelnikom życzę dużo wytrwałości.

środa, 2 grudnia 2020

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – Marcin Wicha

Wydawnictwo: Karakter
Data wydania: 11 maja 2017
ISBN: 9788365271389
Liczba stron: 184

Koniec roku się zbliża, więc postanowiłam jak najszybciej przeczytać pożyczone mi książki, o których ostatnio wspominałam… tak, by móc je oddać jeszcze przed świętami i wejść z czystym kontem w nowy rok No... każde wytłumaczenie jest dobre, by nie mieć obok cudzych rzeczy. Trzecią, z czterech pożyczonych książek, był nietypowy zbiór esejów – lub też po prostu tekstów – autorstwa Marcina Wichy. Ponownie jest to coś, po co raczej sama bym nie sięgnęła. Jednak tym razem byłam pozytywnie zaskoczona i jestem bardzo zadowolona, że miałam okazję przeczytać wspomnienia autora o jego zmarłej matce.

„Wspomnienia o zmarłej matce” – niby brzmi dość zwyczajnie, jednak książeczka (używam tego określenia ze względu na dość niewielki rozmiar) posiada niewytłumaczalny urok. Może to zasługa jej „podmiotu”? Syn opisuje swoją matkę w różnych codziennych sytuacjach, które z jakiegoś względu szczególnie zapadły mu w pamięci. To są naprawdę całkiem normalne zdarzenia, jednak przedstawia je w niezwykle urokliwy sposób. Nie ma tu sentymentalizmu, patosu, dramatu. Raczej już prędzej humor i celne obserwacje, świadczące o tym, że jego rodzicielka miała charakterek! Aż czytelnik czuje żal, że nie miał okazji spotkać jej na swojej drodze.

Autor wspomina matkę podczas porządkowania przedmiotów, które towarzyszyły jej przez lata. Części siłą rzeczy musi się pozbyć, część jednak postanawia zostawić, gdyż były dla niej ważne. Bardzo dużo miejsca poświęca również książkom, co było dla mnie szczególnie interesujące. Poza tym, przy okazji wspomnień wyłania się bardzo ciekawy obraz PRLu, co wg mnie jest dodatkową zaletą tej książki.

Książka napisana jest bardzo prostym, przystępnym – wręcz oszczędnym stylem, który czyta się wyjątkowo dobrze. Stylem, który porównać można ze stylistyką okładki, a przecież Marcin Wocha to w pierwszej kolejności przede wszystkim grafik projektujący okładki i znaki graficzne. Nie ma tu zbędnych słów, zbędnych opisów – wszystko jest akuratne i na swoim miejscu. Jednocześnie, autor przekazuje ważne treści i wiele emocji, które mimo wszystko są wyczuwalne. Piękny „hymn” ku pamięci bliskiej osoby. Pewnie wiele osób życzyłoby sobie podobnego z tej samej okazji… kiedyś. Polecam, gdyż jest to zupełnie oryginalna i wyjątkowa pozycja.

wtorek, 1 grudnia 2020

„Wyśnione szczęście” – Kristin Hannah

Wydawnictwo: Świat Książki
Tytuł oryginału: Comfort & joy
Data wydania: 2007
ISBN: 9788324703029
Liczba stron: 224

Po kilku powieściach, którymi Kristin Hannah skradła moje czytelnicze serce, stwierdziłam, że chcę przeczytać wszystko co wyszło spod pióra tej autorki. Cieszą mnie szczególnie mniej popularne, starsze książki, których nie kupi się już w tradycyjny sposób. I tak prawie rok temu udało mi się znaleźć w antykwariacie dwie mniej znane powieści Hannah. Jedną przeczytałam dość szybko, jednak drugą zostawiłam sobie na najbliższy czas przedświąteczny, gdyż wg opisu okładkowego miała to być opowieść nawiązująca do Świąt Bożego Narodzenia. Świąteczne szykowanie atmosfery zaczęłam wczoraj…

Zastanawiam się ile napisać, by potencjalnym czytelnikom „Wyśnionego szczęścia” nie popsuć przyjemności czytania, gdyż powieść szykuje niespodziankę. Przyznam, że z początku byłam dość zaskoczona, by nie powiedzieć rozczarowana i zawiedziona opowieścią o Joy, która przeżyła katastrofę lotniczą, gdyż na skutek pewnych osobistych zdarzeń postanowiła w końcu zrobić coś szalonego, a pierwszą myślą był lot w nieznane – przygoda, która długo pozostawała jedynie w sferze marzeń. Przygoda była, że ho ho i „fajerwerki” towarzyszące wybuchowi. A później rzeczywiście trafiła w nieznane i piękne miejsce, gdyż samolot osiągnął ziemię w okolicy potężnych i mistycznych lasów deszczowych. I tam, w starym pensjonacie nieopodal jeziora, postanowiła spędzić swój urlop z dala od codzienności. Pokój wynajął jej mały, smutny, opuszczony chłopiec…

Zdziwienie, które podczas czytania kolejnych stron często pojawiało się na mojej twarzy, było spore. Fabuła wydawała mi się nie tyle nierzeczywista, co infantylna i jakoś mało spójna. Chwilami zastanawiałam się, czy autorką jest rzeczywiście Kristin Hannah. Jednak z drugiej strony – pomyślałam – skoro nastawiałam się na opowieść świąteczną, to czemu nie ma być trochę jak w historii niczym z harlequina (tak myślę, bo nie czytałam żadnego…). Poza tym, która z nas – czytelniczek – nie wyobraża sobie czasem podobnych historii chociażby przed zaśnięciem. Chyba każdej z nas zdarzyło się czasem pomarzyć, więc czemu romantyczna i przesłodzona opowieść o Joy miałaby nagle razić. W końcu czasem można i tak?

Dodam tylko, że książka ma dwie części i w drugiej już ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że napisała ją Kristin Hannah. Mój wcześniejszy niesmak próbowałam wytłumaczyć być może kiepskim tłumaczeniem – rola tłumacza przy przekładach na polski jest przecież bardzo duża. Do teraz zresztą nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że Joy usiadła na „kanapce” w holu, albo wzięła z szafy stare „ciuszki”, czy też śpiewała „do wtóru” piosenkę. No niestety, nie znajduję uzasadnienia takich określeń i raczej już nie sięgnę po przekłady Zdzisławy Lewikowej, która UWAGA: na swoim koncie ma kilka tłumaczeń… harlequinów. Z perspektywy całej książki, to były największe jej minusy.

„Wyśnione szczęście” to zdecydowanie powieść dla miłośników Kristin Hannah. Mimo, iż nie jest tak rozbudowana i głęboka jak jej późniejsze książki, to uważam, że jest to pozycja w sam raz na grudniowy wieczór, lub dwa. Nieprawdopodobna historia o pięknej miłości w bajkowej i mistycznej atmosferze. Bajka (nie  pozbawiona wzruszeń) dla dorosłych czytelniczek, które lubią czasem przenieść się w krainę marzeń. Zaskoczenie na plus i to duży!

niedziela, 29 listopada 2020

„Pokora” – Szczepan Twardoch

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 16 września 2020
ISBN: 9788308070666
Liczba stron: 520

Po ostatnich moich lekturach miałam ogromną ochotę na powieść z prawdziwego zdarzenia – powieść epicką – napisaną z rozmachem, taką do jakich przyzwyczaił mnie Szczepan Twardoch (po „Królu”, „Królestwie” oraz „Morfinie”). I mimo, iż książka napisana jest bardzo efektownie, to czytanie jej trochę mnie umęczyło, a zakończenie nie przyniosło zadowolenia, ulgi i zaspokojenia, jakie towarzyszą zazwyczaj kończeniu książek, które oceniam bardzo wysoko i które wywarły na mnie wyjątkowe wrażenie. Ale ad rem…

Pokora – Alojzy Pokora to główny bohater i narrator-obserwator powieści. Poznajemy go jako małego chłopca pochodzącego z biednej śląskiej rodziny, przed którym (dzięki życzliwości miejscowego księdza) otwiera się świat wielkich możliwości. Jest on wyjątkowo zdolny i wyróżnia się na tle swojego licznego rodzeństwa. Dlatego, dzięki specjalnemu stypendium, wyjeżdża do miasta do szkół, by móc kiedyś prowadzić zupełnie inne życie niż jego dziadek, ojciec i bracia – z dala od kopalni i ciężkiej fizycznej harówki. Jest zdeterminowany, udaje mu się nawet zacząć studia, jednak okoliczności wymagają od niego, by wziął udział w I wojnie światowej. Więc jak przystało na Ślązaka, przysięga Kajzerowi i idzie walczyć. Dostaje nawet krzyż żelazny pierwszej i drugiej kategorii, a to już jest coś. Jednak, gdy po wielu dniach budzi się w berlińskim szpitalu, z każdą chwilą coraz trudniej jest mu się odnaleźć w tym nowym świecie – zupełnie innym od małego, wydawałoby się już jakoś uporządkowanego „światka”, który zdołał sobie jakoś stworzyć.

Sylwetka głównego bohatera to bardzo duży plus powieści. Przyznam się, że nie potrafię porównać go z żadną inną postacią, o której czytałam do tej pory. Ślązak, chociaż niezbyt istotne jest dla niego miejsce z jakiego pochodzi, nie czuje się Polakiem. Czy chce być Niemcem? Sam tego chyba nie wie do końca. Walczy pod sztandarem cesarza, jednak po wojnie opowiada się (chwilowo) po stronie rewolucjonistów. Ba – nawet bierze czynny udział w pewnej organizacji szykującej przewrót. Gdy jednak na szali leży jego życie, sprawa o którą walczył nie wydaje się dość istotna. Chce żyć – to jest dla niego ważniejsze. A dlaczego? Chce żyć, by móc jeszcze raz zobaczyć Agnes. Jednak, wbrew pozorom, nie jest to typowa wybranka serca, która przyszła pewnie teraz każdemu kto to czyta do głowy. Pokora jest pod ogromnym wpływem kobiety, która w niewyobrażalny sposób potrafiła go sobie podporządkować, niemalże tylko i wyłącznie samą swoją obecnością. Uległość wobec wyidealizowanego obrazu Agnes podkreśla niemalże w każdej chwili, gdyż towarzyszy mu przez cały czas – w okopach, w szpitalu, podczas walki – myśli o niej nieustannie. Do czego go to doprowadzi? W tym kontekście Twardoch bardzo mnie zaskoczył, a tego oczekuję w literaturze.

„Pokora” to bez wątpienia najbardziej „śląska” powieść Szczepana Twardocha z tych, które miałam okazję do tej pory przeczytać. Mimo, iż książka nie pozbawiona jest dłużyzn i przez niemalże połowę opowieści zastanawiałam się czy dotrzemy w końcu na ten Śląsk, gdyż autor bardzo dużo uwagi poświęcił sprawie berlińskiej rewolucji z 1918 roku, to bardzo wnikliwie przedstawione zostały rozterki towarzyszące społeczności śląskiej, która znajdowała się w sumie między Polską a Niemcami, jak między młotem a kowadłem. Widać, że autor musiał przeprowadzić bardzo szczegółowy i wnikliwy reaserch zanim przystąpił do tworzenia powieści. Wiedza historyczna, znajomość geografii i realiów Berlina początków XX wieku oraz przedstawienie atmosfery, która niemal wrzała, panującej zarówno na śląskiej wsi jak i w miastach robią ogromne wrażenie i dostarczają czytelnikowi wiele merytorycznych wiadomości. Powieść wzbogacona jest dialogami w gwarze śląskiej oraz po niemiecku – na szczęście tłumaczonymi „na nasze”.

Powieść bardzo zróżnicowana. Chwilami przypominała mi powieści Remarque'a, który chyba jak nikt potrafił przedstawić rozterki towarzyszące okopowemu życiu żołnierzy na pierwszej linii frontu, którzy trafili tam bardzo często prosto ze szkolnej ławki. Następnie, miałam wrażenie, że czytam powieść historyczną na temat niemieckiej rewolucji listopadowej. Tak dokładnie przedstawiony został całokształt wystąpień o charakterze rewolucyjnym w Niemczech oraz walczące w nim strony, wraz ze swoimi racjami i poglądami oraz ich przywódcy. Po tym, jak Alojzy Pokora dociera w końcu w rodzinne strony, dostałam wreszcie powieść na jaką czekałam – akcja zdecydowanie nabrała tempa i „zaczęło się” czytanie.

„Pokora” to powieść o szukaniu własnego miejsca w życiu i chociaż przy tych usilnych próbach bohater wydawał się chwiejny jak chorągiewka i potrafił mocno zirytować, to jednak nie sposób mu nie współczuć i nie kibicować mu w tej jego walce – walce z okolicznościami, walce z historią, ze społecznością, w walce z samym sobą. A czy można się z nim utożsamiać? Myślę, że ktoś, kto pochodzi z tego specyficznego miejsca co on – może. Dla mnie obserwowanie rozwoju Pokory na różnych płaszczyznach było bardzo ciekawym doświadczeniem. Chociaż dość wyczerpującym psychicznie. Mimo to polecam – powieść zupełnie inna – nieszablonowa, o ciekawej koncepcji. Warto przeczytać chociażby z tego względu, by zrozumieć z czego wynika specyfika obecnej społeczności śląskiej.

środa, 25 listopada 2020

„Mikrotyki” - Paweł Sołtys

Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 11 października 2017
ISBN: 9788380495869
Liczba stron: 144

Książka, po którą sama bym nie sięgnęła, jednak ze względu na fakt, iż pożyczono mi ją, postanowiłam szybko przeczytać. Trochę, by mieć z głowy – z czystym sumieniem. Czytałam z małą nadzieją na pozytywne zaskoczenie i… zaskoczenia nie było. Tylko gdzieniegdzie niewielki uśmiech – no prawie…

„Mikrotyki” to zbiór tekstów, bo opowiadaniami większości raczej określić nie można. To raczej takie wprawki mające na celu ćwiczenie pisania na jakiś dowolny temat – hasło, wokół którego się krąży. I o ile styl autora jest bardzo przyjemny w odbiorze – czasem wręcz poetycko ujmujący, porównania celne, błyskotliwe i dowcipne, to koncepcja jego utworów nie zawsze była dla mnie jasna. To trochę tak jakby chciał uchwycić na papierze migawki rzeczywistości. Pojawiają się również retrospekcje – często wspomina przeszłość, być może i swoją (nie znam w ogóle biografii autora, by móc mieć tu jakieś odniesienie), chociaż raczej fikcyjną. To czego zdecydowanie mi brakowało, to jakiejś pointy. Tak jakby jego pisanie pozbawione było totalnie zakończenia, jakiejś złotej myśli, która powinna pozostać po. Bardzo męczące albo może raczej irytujące doświadczenie.

Odnoszę wrażenie, że obecnie wszyscy piszą… Piszą piosenkarki, aktorzy, celebryci, ba – nawet leśnicy! Paweł Sołtys jest muzykiem, może powinien pozostać jednak przy pisaniu tekstów, których tworzenie kieruje się zupełnie innymi prawami niż proza. Bo wg mnie (parafrazując „klasyka”) o ile każdy pisać może, to nie każdy musi to czytać…  Ogólnie, „Mikrotyki” nie są złe – chwilami nawet bardzo obiecujące. Jednak jeśli mam tę książkę ocenić jako całość, to marnie wypada chociażby w zestawieniu z innymi autorem publikującym swoje teksty (póki co tylko i mam nadzieję, że to się szybko zmieni) na fejsbukowym fanpejdżu „Użyj wyobraźni”. Ten autor jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, a jego obserwacja rzeczywistości powala na kolana – nie wspominając już o żywym współczesnym języku ulicy, kąśliwych i błyskotliwych spostrzeżeniach oraz oryginalnych pointach, po których nie można się nie śmiać. Szczerze polecam http://uzyjwyobrazni.com/ ! Bartek nie raz „zrobił mi dzień”, czego nie można niestety powiedzieć o „Mikrotykach”…