poniedziałek, 12 kwietnia 2021

„Będziesz tam?” - Guillaume Musso

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału - Seras-Tu La?
Data wydania: 13 maja 2020
ISBN: 9788381259750
Liczba stron: 320

Najbardziej zaskakujący współczesny pisarz, z którego twórczością się spotkałam i którego uwielbiłam już od pierwszej książki. Każdą jego kolejną biorę w ciemno. I każda kolejna powieść zadziwia mnie coraz bardziej. Odnoszę również wrażenie, iż jego książki czytam coraz szybciej, co również o czymś świadczy. To ten fenomen, że chciałoby się jak najszybciej poznać całą historię, ale jednocześnie w ogóle jej nie kończyć. ”Mieć ciastko i zjeść ciastko”. Przeczytać i kupić kolejną!

„Będziesz tam?” to historia niewiarygodna i nieprawdopodobna, bowiem dotyczy przenoszenia w czasie. Jednak główny bohater nie podróżuje żadnym wymyślnym pojazdem, a łykając złote tabletki, które otrzymał w dowód wdzięczności od azjatyckiego szamana. Zasypiając „śni” w konkretnym dniu, który wydarzył mu się dokładnie 30 lat wcześniej. Śni, jednak osoby z przeszłości mają z nim fizyczny kontakt. Zainspirowani rozmową z nim, mogą zmienić swoje postępowanie, a co się z tym łączy, również przyszłość. Gdy zmieni się przeszłość, automatycznie zmieni się również znana Eliotowi teraźniejszość. Co czeka go po kolejnych podróżach 30 lat wstecz? Dodam tylko, że w fiolce od szamana było 10 magicznych tabletek…

Mylą się jednak Ci, którzy sądzą, że na pytanie azjatyckiego czarownika o czym marzy, Eliot odpowiedział, że chciałby cofnąć czas lub zmienić przyszłość. On chciał zaledwie jeszcze raz zobaczyć kobietę, którą kochał całe życie. Traf jednak chciał, że ona od 30 lat nie żyła.

W powieści „Będziesz tam?” jest wszystko, co charakterystyczne dla twórczości Musso: tajemnica, cała gama emocji, liczne zwroty akcji, trzymające w napięciu wątki zaskoczenia i dający ukojenie finał! Mam nadzieję, że autor tego elementu swoich książek nigdy nie zmieni. To wszystko opisane przepięknym i urzekającym językiem. Kolejna, na długo zapadająca w pamięć historia o miłości i przyjaźni pełna elementów metafizycznych. Daję maxa!


sobota, 10 kwietnia 2021

„Strażniczka Słońca” - Maja Lunde, Lisa Aisato

Cykl: Kwartet sezonowy (tom 2)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tytuł oryginału: Solvokteren
Data wydania: 24 marca 2021
ISBN: 9788308073636
Liczba stron: 200

Kto powiedział, że baśnie i bajki są tylko dla dzieci? Czytając kolejną baśniową opowieść Mai Lunde odniosłam wrażenie, iż adresowała ją właśnie do dorosłych czytelników. Z pewnością urzeknie ona każdego pełnoletniego czytelnika, tym bardziej, że nie jest pisana infantylnym i banalnym językiem, który zazwyczaj towarzyszy twórczości dla młodszych czytelników lub słuchaczy. W zasadzie zarzucić tej pozycji mogę tylko jedno, iż była tak bardzo krótka i tak szybko się skończyła. I tylko to jedno może świadczyć o fakcie, że być może Lunde pisała ją jednak dla dzieci, które łatwiej samodzielnie przyswoją niezbyt długie rozdziały.

„Strażniczka Słońca” zrobiła coś niebywałego, mianowicie uwięziła je za wielką bramą, więc na świecie panowała wiecznie ponura, jesienna aura. Wszyscy marzli, żadne rośliny nie chciały rosnąć, wszyscy byli wiecznie głodni. Warzywa i owoce otrzymywali od dziadka Lilii, który przynosił kosz ze swojej szklarni i dzielił sprawiedliwie między mieszkańcami miasteczka. Jednak było tego za mało, by każdy chociaż przez krótki czas mógł chodzić syty. Mimo to, każdy szanował nawet najmniejszy kawałek chleba. Dlatego, gdy pewnego dnia dziadek wychodząc do pracy zapomniał wziąć z domu pół kromki chleba, która stanowiła całe drugie śniadanie, wnuczka postanowiła mu ją zanieść. W szklarni nie znajduje jednak ani dziadka, ani żadnych roślin. Skąd więc dziadek bierze pożywienie dla całej wioski? I wtedy dziewczynka odkrywa tajemnicze drzwi, a za nimi ścieżkę, która prowadzi do…

Urzekająca, wielowarstwowa opowieść o cieniach życia. O stracie i niszczącym bólu z nią związanym oraz konsekwencjach działania, któremu przyświeca zawziętość, gorycz i złość. To też historia o wielkiej odwadze i sile, która wynika ze szlachetnych pobudek i przekonania, by zawsze robić to, co należy i kierować się szlachetnymi zasadami. To baśń o tęsknocie za wiosną, kiedy budzi się wszystko do życia i świat nabiera zupełnie innych barw, a łąka pełna kolorowych kwiatów ogarnia także duszę.

Przepiękna, porywająca, czarująca i urzekająca historia przenosząca dorosłych do świata dzieciństwa. Ilustracje w wykonaniu Lisy Aisato stanowią jej integralną część. Wywołują one niesamowite i intensywne emocje oraz najskrytsze wspomnienia. Do czytania, oglądania, pamiętania i uśmiechania się. Cieszę się, że jeszcze dwie części cyklu przed czytelnikami i miłośnikami wyjątkowo oryginalnej twórczości Mai Lunde. P.S. Idealny pomysł na prezent dla kogoś, kto docenia literaturę.

czwartek, 8 kwietnia 2021

„Śliska sprawa” – Volker Kutscher

Cykl: Komisarz Gereon Rath (tom 1)
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 24 kwietnia 2019
ISBN: 9788328064188
Liczba stron: 592

Tym razem do sięgnięcia po tę powieść zachęcił mnie niesamowity serial kryminalny pt. „Babylon Berlin”, który nakręcono właśnie na podstawie powieści Kutschera. Właściwie w ogóle nie oglądam tych nowych zagranicznych seriali produkowanych przez różne płatne kanały telewizyjne. Jednak pierwszy odcinek niemieckiego serialu zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że obejrzałam całą serię, z niecierpliwością czekając na kolejne odcinki. Była to najdroższa produkcja telewizyjna w historii niemieckiej telewizji, na którą wydano blisko 40 milionów Euro, a za scenariusz i reżyserię odpowiadał Tom Tykwer, znany chociażby z epickiego „Pachnidła”. Klimat lat 20-tych i 30-tych Złotego Berlina i Republiki Weimarskiej oddano na ekranie po mistrzowsku. Scenografia, fabuła, kreacje aktorskie oraz muzyka uzupełniały się idealnie, tworząc telewizyjny majstersztyk.

Serial zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że logiczną konsekwencją było w moim przypadku przeczytanie książki, mimo iż nie miała ona zbyt pochlebnych recenzji. Rozważałam nawet sięgnięcie po wersję oryginalną, ale kolejka na moim regale spowodowała, że w międzyczasie wydano polskie tłumaczenie. Póki co, przetłumaczono na polski tylko pierwszą cześć serii o komisarzu Gereonie Rath’cie, chociaż Kutscher napisał ich kilka. Fakt, iż „Śliska sprawa” to kryminał retro, był tylko kolejnym plusem przemawiającym na korzyść tej książki, gdyż jestem totalnie zauroczona tym gatunkiem, odkąd przeczytałam pierwszą powieść Marka Krajewskiego. Poza tym, fabuła świetnie uzupełnia trylogię Charlotte Link, którą obecnie czytam.

Głównym bohaterem „Śliskiej sprawy” jest komisarz Gereon Rath, który z mieszczącej się na prowincji Kolonii (sic!) przenosi się do stołecznej policji. Jednak przenosiny do Berlina nie są awansem, a próbą ratowania po „nieudanym dochodzeniu” jego „kariery” w policji, którą zawdzięcza swojemu ojcu. W nowym miejscu Gereonowi nie jest łatwo, gdyż plotki pojawiły się tak szybko jak on w nowym prezydium. Jednak komisarz postanawia się skupić wyłącznie na pracy i za wszelką cenę uniknąć błędów z Kolonii. Czy mu się uda? Może wsparciem będzie nowy kolega po fachu, który przyjął go pod swoje skrzydła niczym syna, którego nigdy nie miał? A może stworzy super-duet z młodziutką stenotypistką Charlie, która świetnie wykonuje swoją pracę?

Będą brutalne morderstwa, wartkie pościgi, zagadka pociągu i złota rosyjskiego klanu Sorokinów. To wszystko na tle politycznych przepychanek Republiki Weimarskiej, w których konflikty mnożą się w zastraszającym tempie. Niby wszystko jest tak jak być powinno w kryminale retro, jednak akcja, mimo licznych i intrygujących wątków, toczyła się dość powoli i ociężale. Brakowało tu tego dynamizmu, który towarzyszył np. ekranizacji telewizyjnej. I na ten fakt nie wpłynęła moja znajomość całej historii. Może autor po prostu nie umie budować napięcia tak jak inni pisarze specjalizujący się w tym gatunku. Nie żałuję, że przeczytałam „Śliską sprawę”, jednak tak jak nie oglądałam kolejnych sezonów Babylon Berlin, tak raczej nie sięgnę po kontynuację książkową, gdyż wolę literaturę, która dostarcza zdecydowanie więcej emocji i na dłużej pozostaje w głowie. Serial natomiast polecam wszystkim miłośnikom kryminałów retro oraz germanofilom.

wtorek, 23 marca 2021

„Wyścig o Paryż” - Meg Waite Clayton

Wydawnictwo: W.A.B
Tytuł oryginału: The Race for Paris
Data wydania: 10 maja 2017
ISBN: 9788328043954
Liczba stron: 384

Książka, która wpadła mi w oko wiele miesięcy temu i od tamtego czasu czekała na swoją kolej przekładana raz po raz z miejsca na miejsce. Opis wydawał się intrygujący i zachęcający, jednak czegoś brakowało. Po przeczytaniu tego fabularyzowanego reportażu nadal mam mieszane odczucia. Zakończenie było świetne, jednak chyba nie było w stanie dźwignąć całej treści. Nie tyle treści, co sposobu jej przekazania. Ale po kolei.

„Wyścig o Paryż” to beletryzowana opowieść o pionierkach damskiego fotoreportażu, do napisania której autorkę zainspirowało wiele rzeczywistych zdarzeń, postaci, fotografii, artykułów i dokumentów, które ta dokładnie wymienia w podziękowaniach na końcu książki. Trójka głównych bohaterów: Jane (dziennikarka), Liv (fotoreporterka) oraz Fletcher (fotograf wojenny), którzy wezmą udział w „Wyścigu o Paryż”, są więc postaciami całkowicie fikcyjnymi, chociaż jednocześnie bardzo realistycznie przedstawionymi, co było wielką zaletą całej opowieści.

Młode amerykanki poznają się w 1944 roku w Normandii, w obozie dla prasy znajdującym się przy szpitalu polowym. Obie mają wspólny cel, wielkie ambicje, aspiracje i (niestety) brak akredytacji, by podążać legalnie za aliantami, którzy kierują się w stronę Paryża. Mimo to, o niczym innym tak nie marzą jak o tym, by być jednymi z pierwszych, które zdadzą fotorelację z wyzwolonego i wolnego Paryża. Wykorzystując więc okazję i swój urok osobisty wyruszają w drogę. Opiekuńcze ramię, szczególnie nad Liv, rozłoży Fletcher, który z jej mężem Charlsem odwiedził niejeden front i któremu ten sporo zawdzięcza. Tak jak i poprzednie dziewczyny Charlsa, jego obecna żona zrobi na nim ogromne wrażenie…

Fabuła inspirowana historią, ciekawe chociaż mające w większości raczej niedzisiejsze problemy postacie, intrygujące relacje, mrożąca krew w żyłach sceneria, więc co może się nie udać? Sama się dziwię, dlaczego ta książka nie zauroczyła mnie tak jak jej zakończenie. Największym minusem była chyba dość letnio i jednostajnie poprowadzona fabuła pozbawiona raczej zwrotów akcji i nie wzbudzająca większych emocji. Pod tym względem było dość nijako, a chwilami wręcz nużąco. Nawet wątki miłosne pozbawione były tej fascynacji, która powinna się udzielać czytelnikowi. Nie wiem czy taki był zamysł autorki, czy tak po prostu wyszło… Na duży plus zasługuje zakończenie, w którym w końcu zaczyna się coś dziać, jednak trochę za późno, i trochę za krótko ono trwa. Tutaj autorka rzeczywiście miała jakiś pomysł i nawet szkoda, że nie rozbudowała tej historii.

Traktując jak paradokumentalny reportaż można sięgnąć po tę książkę, by chociaż trochę przybliżyć sobie rolę kobiet w tym męskim świecie oraz uświadomić jak wiele przeciwności losu musiały pokonać, by wyrobić sobie pozycję zawodową i zyskać uznanie czytelników. Ich determinacja, odwaga i pomysłowość zasługują na uznanie i szacunek. Z pewnością historia niejednej z pań, które zainspirowały autorkę, będzie motywowała do działań i rozwoju zawodowego także współczesne kobiety. Patrząc pod tym kątem, warto przeczytać, chociaż powieść to raczej przeciętna.

czwartek, 18 marca 2021

„Ława przysięgłych” - Krzysztof Koziołek

Wydawnictwo: Manufaktura Tekstów
Data wydania: 2015 (data przybliżona)
ISBN: 9788393483174
Liczba stron: 314

Niewiele pozostało mi już na półce do przeczytania książek Krzysztofa Koziołka, zanim na rynku wydawniczym pojawią się nowe, nad którymi obecnie autor pracuje. Jakiś czas temu jego twórczość trafiła w mój gust, postanowiłam więc poznać ją kompleksowo. I mimo iż na przestrzeni lat widać zdecydowaną różnicę w stylu literackim i duży rozwój Koziołka-pisarza, to i tak z wielką chęcią sięgam po jego starsze książki. Chociaż można powiedzieć, że zaczynał w nich wtedy „raczkować”.

Tytuł książki sugeruje jej tematykę. Tym razem autor skupił się głównie na polityce, a co się z tym wiąże, nowelizacjach prawa oraz, jak nietrudno się domyślić, „walce o stołki”. Pretekstem do powyższych zagadnień była powodująca gorące dyskusje kwestia zakresu obrony koniecznej i nieumyślnego spowodowania śmierci. Główny bohater książki – Damian Kanclerz – oraz jego rodzina zostali zaatakowani na parkingu przy markecie przez dwóch zbirów z kijami bejsbolowymi. Ponieważ jednak pół roku wcześniej, by poprawić kondycję i pozbyć się piwnego brzuszka, Damian zapisał się na kursy karate, umiejętności nabyte w czasie treningu kazały mu zareagować instynktownie. Kilka ruchów obronnych jakie wykonał pozbawiło napastników życia. W świetle polskiego prawa ofiara stała się oprawcą, który musi ponieść karę za swój czyn.

Jednak tym razem precedensowo werdykt na temat Damiana Kanclerza oraz całego zajścia ma wydać ława przysięgła składająca się z 12 przedstawicieli społeczeństwa – takich samych zwykłych ludzi jak Kanclerz. A społeczeństwo raczej jednoznacznie ocenia tego typu napady. Czy jednak Damian Kanclerz może czuć się pewnie i spokojnie czekać na koniec procesu? Tym bardziej, że ojciec dwóch zabitych braci to obecnie budzący respekt biznesmen z szemraną przeszłością...

Czytając tę książkę miałam przed oczami amerykański film sensacyjny i dosłownie „widziałam” występy początkującego i pełnego zapału adwokata, który próbuje przebić się w bardzo hermetycznym środowisku prawników niechętnie przyjmujących do swojego grona nowych. Jedyny sprawiedliwy (i nieskorumpowany… jeszcze), młody-gniewny, po przejściach lecz zdeterminowany – wydaje się być ostatnią deską ratunku dla naszego bohatera. Miało to swój urok, chociaż pozwalało bardzo szybko przewidzieć finał całej historii.

Książka bardzo ciekawie przedstawia związane z obroną działania adwokata, które bardzo daleko wykraczają poza salę sądową i niejednokrotnie wiążą się ze żmudną pracą wielu ludzi – np. prywatnych detektywów. Ogrom czynników jakie musi przewidzieć dobry mecenas, robi wrażenie na czytelniku i wywołuje podziw dla jego przebiegłości czy też zapobiegliwości.

Wartka akcja, trzymające w napięciu sceny walki dobra ze złem (brzmi naiwnie?) i raczej przewidywalny wynik tego starcia. Mimo to, była to dla mnie dobra rozrywka. Fanom Koziołka polecam, a nowym czytelnikom sugeruję rozpoczęcie przygody z Koziołkiem od jego nowszych thrillerów.

wtorek, 16 marca 2021

„Dwa dni w Paryżu” - Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 26 października 2020
ISBN: 9788324070336
Liczba stron: 352

Nazwisko Jojo Moyes kojarzy chyba każdy czytelnik (chociażby z regałów w księgarniach). Nie można nie przyznać, że nie rzuca się w oczy. Jednak jakoś do teraz nie był to dla mnie na tyle przekonujący argument, by sprawdzić jakie książki pisze ta autorka. Tym bardziej, że w sumie „literatura kobieca” to nie jest to, co lubię najbardziej. No… pomijając pewne wyjątki. Jednak po otwarciu prezentu ucieszył mnie widok książki „Dwa dni w Paryżu”. Pomyślałam: „czemu nie”?! W końcu jak mawiała Audrey Hepburn: „Paryż to zawsze dobry pomysł”. Z wielką nadzieją zaczęłam czytać.

I jakoś było tak całkiem zwyczajnie, bez klimatu, jakby autorka po prostu „spisała” opowieść, zamiast ją stworzyć. Z każdą kolejną stroną moje zdziwienie popularnością autorki było coraz większe. Jak można porwać aż tak wielkie rzesze czytelniczek, serwując im tak bardzo przeciętne, oczywiste i dość naiwne opowiastki?

„Dwa dni w Paryżu” to zbiór 11 opowiadań. Przy czym tylko dwa z nich (te dłuższe) dzieją się w stolicy Francji. Nieobiektywnie stwierdzę, że właśnie te dwa bardziej do mnie trafiły, chociaż zdecydowanie brakuje im paryskiej magii i atmosfery, jaką na kartkach wyczarowuje zawsze chociażby Musso czy Schmitt. Były to po prostu dość romantyczne i przewidywalne historyjki miłosne. Pomysł na fabułę był – trzeba przyznać – jednak jakby na realizację zabrakło energii. Zdecydowanie jestem przyzwyczajona do innej literatury.

Zbiór bardzo przypadkowych opowiadań, pozbawionych motywu przewodniego, który by je jakoś spajał w całość. Ot, po prostu teksty i przemyślenia autorki. Dla sugerujących się tytułem i opisem okładkowym, który dotyczy tylko właśnie tytułowego opowiadania, będzie to raczej rozczarowanie. Dla mnie nowe doświadczenie, które raczej nie przekonało mnie do twórczości Jojo Moyes. Nawet, jeśli osoby które znają ją dokładniej, twierdzą, że książka ta nie należy do najlepszych, to póki co nie mam ochoty sprawdzać jakie jest jej najlepsze „dzieło”. Może kiedyś… Tylko dlatego, że się nie zarzekam. Ale okładka ujmująca i urocza.

sobota, 13 marca 2021

„Cała prawda o miłości” - Clare Pooley

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: The Authenticity Project
Data wydania: 11 sierpnia 2020
ISBN: 9788381169431
Liczba stron: 440

Kolejny miły prezent książkowy za mną – debiut literacki Clare Pooley (nie licząc pamiętnika pisanego przez nią na blogu). I nauczona doświadczeniem, podejrzewam, że będzie to autorka jednej książki i nawet jeśli kiedyś jeszcze „zepnie się”, by wydać kolejną powieść, trudno będzie jej dorównać tej pierwszej – wyjątkowej, która zapada w pamięć. Tak to przeważnie bywa, kiedy ktoś  zamarzy o tym, by zostać pisarzem i rezygnuje ze swojego wyuczonego i wykonywanego przez wiele lat zawodu. Ale wracając do książki.

Na wstępie zaznaczę, iż jej oryginalny tytuł czyli „Projekt autentyczność” o wiele lepiej do niej pasuje niż polskie „tłumaczenie”. Praktycznie, każda książka jest w pewnym sensie o miłości, jednak w tym przypadku jest to raczej opowieść o przyjaźni i prawdzie, a dopiero później również o wielu rodzajach miłości. Wspomniany „Projekt autentyczność” to pomysł pewnego malarza w podeszłym wieku, który od wielu lat boryka się z potworną samotnością. Tym bardziej dokuczliwą, że bardzo długo brylował na salonach i obracał się w kultowej śmietance towarzyskiej, którą wszyscy znają z pierwszych stron gazet… tych plotkarskich. Pewnego dnia, gdy zrobiło się wokół niego nadzwyczaj cicho i pusto, postanowił, że opisze w zeszycie swój największy i wstydliwy sekret, a następnie pośle go w świat. Zeszyt pt. „Projekt autentyczność” zostawił w kawiarni u Moniki. I tak zaczął się łańcuszek…

Autorka miała bardzo ciekawy i oryginalny pomysł na fabułkę. Bohaterowie tworzą wspólnie żyjącą książkę, która zmienia ludzkie losy. Jeśli nie bezpośrednio, to skłania ich do refleksji i motywuje do zmiany swojego życia. Czasem wystarczy zacząć od powiedzenia prawdy, a już czują ulgę. Kiedy mają szczęście, trafią na życzliwych ludzi, którzy zaoferują pomocną dłoń. „Każdy ma trzy życia: publiczne, prywatne i sekretne” – i ta myśl bardzo dobrze pasuje do bohaterów książki. Bohaterów, którzy borykają się z przeróżnymi problemami, jednak gdy spojrzą na nie oczami innych ludzi, nie wydają się już one końcem świata.

Jest to bardzo ciepła i urocza opowiastka, w której wszystko się udaje tak jak powinno. Może trochę wyidealizowana i nierealna, jednak każdemu przyda się czasem lekka lektura na odprężenie. I chociaż w posłowiu autorka wyjaśnia skąd pomysł na książkę oraz podkreśla, że to bardzo osobista dla niej powieść, bo większość postaci obdarzyła swoimi własnymi problemami, to zupełnie nie wyczuwa się tego ciężaru jaki przez lata jej ciążył. Relaksująca, intrygująca, urokliwa historia o wielu odcieniach przyjaźni.